admin 14 maja 2018

„aleja czterdziestu ośmiu drzew doprowadzała do

starszej niż najstarsze groby kostnicy

 

Jaskierko nazywał ją stacyjką

ostatniej podróży

 

Chodząc przez pole umierającej kraski do zawodówki

zaglądał przez zakurzone okna do środka

 

– czasem widział grabarzy grających na wiekach

trumien o złotą obrączkę trupa

 

– czasem widział chorągwie cmentarne drżące
lekko w oddechu śmierci

 

– czasem widział kolegę z czerwoną pręgą na

szyi leżącego w gotowym do drogi wagoniku

 

– czasem widział swoje odbicie w czarnej jak

chitynowy pancerz chrząszcza szybie

 

– czasem uciekał stamtąd jak spłoszona sójka

czasem skradał się tam jak kot polujący na myszy

 

myśląc że przemyka pod okna stacyjki niezauważony

przez boga i śmierć nie wiedział że w ich grze o

jego życie śmierć wyłożyła z rękawa na stół cztery

asy”

Dariusz Tomasz … 

 

etap: pierwszy

     Stare miasteczko na Górnych Łużycach, pierwsza wzmianka w 1186r.
Grając w piłkę przy głównej ulicy, którą dziennie szły jeden lub dwa kondukty, pierwsze skojarzenie? Firanki na trumnie… całe młode życie się tego bałem, oczywiście przymykałem oczy.

     Następne skojarzenie to cmentarz na wzgórzu z piasku, przy samej piaskowni. Niech ktoś tam znajdzie – nie zapadnięty grób (pochówek w trumnie), wystarczą 3 miesiące i garnitur lub sukienka nie wygląda jak ze święta z konduktu. A święto dlatego, że całe życie na nie czekamy… choć na pewno nie chcemy znać tej daty. Może boimy się spotkania z Najwyższym? Może, że połażą po nas robaki? Czy sukienka ślubna jest tego godna?

     Mija kilka lat… dziadek powoli umiera, kiedyś dużo palił. Ale to już inne duże miasto i inna struktura geologiczna, tylko skała z gliną. Ojciec złota rączka i umie wszystko, więc zapadła szybka decyzja rodziców dziadek nie będzie leżał w ziemi. Początek lat 80-tych mam 13 lat, zaraz jesień i zmrok zapada szybko…
Zarządca  cmentarza wyznacza miejsce po ekshumacji, po której nie wybrano wszystkiego. Któregoś dnia pracy po ciemku wyciągam deskę, mówię do Taty „deska”, a on „to spód z dna trumny”, oczywiście były też kości… zebrane i zakopane głębiej. Tak przez miesiąc, a w międzyczasie odwiedziny dziadka w szpitalu. Matka minie przygotowywała „pamiętaj! nie mów dziadkowi co wy tam z ojcem robicie… popołudniami”

     Każde kopanie pogłębianie, stawianie szalunku i wylewanie betonu kończyło się po ciemku.  Do dzisiaj pamiętam jak kucałem na dole i patrzyłem do góry na gwiazdy. Chyba zaczynałem się przestawać bać.

etap: drugi

     Nastąpiła nowa era, 30 lat później, zacząłem biegać. Poznałem innych „biegaczy” o kondycji dotąd nie spotykanej. Okazało się, że są odprowadzaczami z tego do tamtego świata. Pamiętam biegaliśmy po godzinie 22. Na Dolinie tam przy rondzie było już  kompletnie ciemno i nagle niespodziewanie z lasu wyjechał człowiek na rowerze, ale zanim załapałem, pomyślałem że to jeleń, albo że mnie zwabili (Saga Zmierzch) i się nawet pogodziłem z losem. W ogóle się nie przestraszyli, nawet nie drgnęli czy zwolnili. Też tak chciałem. 

     Poważni. Na pytanie czy nie boją się dusz, odpowiadali o szacunku dla zmarłych. Podkreślali na każdym kroku.

     Następnym etapem tej podróży do tego innego… były zwózki, w miejscach ostatnich oddechów. To już zupełnie inny świat rzeczywistości, której na co dzień nie widzimy, ale muszą być. A każdy z nas już widzi tylko ceremonię i finał z kwiatami.

etap: trzeci

     Następny sportowy etap wiąże się z pływaniem zimowym, jesienią  na stawie wyglądał tak: co trening temperatura wody powoli spadała, a dystans nieznacznie skracałem. Efekt był taki że za każdym razem autentycznie umierałem, tak 4 razy w tygodniu. Ale jak zostawało 20-30 metrów do brzegu to w myślach pogrywałem, że „mam w d….ie kostuchę”. Kiedyś przeholowałem i Ją przepraszałem, myślałem, że przemknę do brzegu przez Nią niezauważony, ale zostało jeszcze 100 metrów…!!!

     Piszę to wiem doskonale, że tą partię w karty wygrałem, wiedząc że dotąd jeszcze nie wyłożyła 4 asów… na razie.


etap: czwarty …gdy zgaśnie światło…
 

     Ten wyjazd do Berlina był dużym doświadczeniem. 

     Wieczorem do 22 biegaliśmy na dolinie i po treningu prosto do zakładu po trumny, stalową i drewnianą (takie wymagania). Wyjechaliśmy o 4 rano, a plan był o północy. Okazało się, że zabraliśmy jeden z wielu dostępnych samochodów bez badań technicznych (nasza wina). Rano już w mieście przygranicznym przegląd i tu problem, zakwestionował nam zamontowanie butli z gazem (pod podłogą) na pytanie czy mamy w trumnach zwłoki odpowiadamy, że puste, rozochocił się i zaczął kwestionować jedną oponę. W sumie 2 godziny stracone, ale podpisał. Minęliśmy granicę i krótka decyzja jedziemy lekkim skrótem, nie przez Drezno ale wsiami na Cottbuts. Jedziemy wsiami, a tu co chwilę przebudowa dróg wiejskich i objazdy i nagle ślepa droga! Cofnęliśmy się trochę i znów ślepa droga. Naszym błędem było nie zabranie mapy papierowej, moja nawigacja nie chciała się w ogóle załączyć, a trzy tygodnie temu poprowadziła do Zarici. Zatrzymaliśmy się koło cukierni i uprzejma Niemka rozpisała na kartce wsie na które mamy się kierować, (na Steinitz, Friederstorf, Lohsa). Pomogła bardzo. Już nie chcieliśmy kombinować i od razu kierunek na autostradę. I przy wjeździe za szybko skręciliśmy i jazda do Polski!  Po 8 km nawrotka i już prosto Berlina. W mieści już bez korków, ale nasz punkt to druga strona miasta. Mogliśmy się przygotować i tu wybiegnę to co sprawdziłem po powrocie do domu. Duże prosektorium 9 chłodni na 800 trumien….

     Podjeżdżamy pod cmentarz  godz. 13.00 i szukamy  tego prosektorium, wchodzimy do budynku, a tu ani żywej duszy, biura puste, sale pożegnań puste, windy puste, kilka wózków pustych. Gdzie tą śmierć chowają? Mamy czas do 14.00! Nie znamy języka i nie możemy się skomunikować. Napotkani starsi Niemcy odpowiadali jakimś chińskim akcentem, chyba się nas bali? Zaczyna mocno wiać i padać jak w horrorze jest już 13.30 i trochę nerwowo. Wychodzimy przed cmentarz i szczęście się uśmiechnęło jadą trzy karawany pod boczny wjazd na cmentarz, jedziemy za nimi.

     Na podjeździe dużo miejsca na 15 aut, polska tablica nas zidentyfikowała, chyba czekali – na pewno od 18 dni. Od razu dostaliśmy wózek na naszą trumnę (stalową włożyliśmy do drewnianej) Otwierają chłodnię, a tu mnóstwo trumien. Zostawiają nas samych. Technicznie musieliśmy przełożyć do trumny naszej, ale pracownik woła kolegę aby podpisał dokument i stał się taki fakt, że zostałem sam… Dla mnie to stres, bo od razu wyobraźnia podpowiedziała „jak za kolegą się zamykały drzwi to czy zgaśnie światło?”  Uf, nie zgasło ale w szybkim planie miałem zamknąć oczy …zawsze mam jakiś plan.  Sam nic nie zrobię zaczynam odruchowo liczyć trumny (tyle tu tego) policzyłem do 80, a nie było nawet połowy!!! Zaczynam czuć, że żywcem siwieję.

     Wraca kolega i zaczęliśmy przekładkę, zamykamy naszą trumnę. Chciałem jeszcze zrobić zdjęcie tej ogromnej chłodni i tych ok. 200 trumien, ale wszedł pracownik i minie ostrzegł, że kara może być 3000 Euro.

     Powrót do Polski to już spokojna jazda, prosto do krematorium. 

     W Polsce nie ma tak gigantycznych chłodni – przechowali i krematoriów, może to sposób na nisze w tym biznesie. W Warszawie czy na Śląsku zamiast otwierać co miasto takie maluchy, to spróbować taki duży obiekt, a najlepiej 3 w okolicy, tak jak w Berlinie. Koszt pochówku urnowego jest tańszy i łatwiejszy niż tradycyjny, staje się bardziej popularny i nie ma z tym już oporów ze strony rodzin i władz kościelnych. Pożegnanie przy urnie jest bardziej higieniczne i nastroje rodzin są bardziej optymistyczne, trumna jednak przygnębia nastrój i budzi strach…

Tekst i zdjęcia: Mariusz Lebioda 

 

 

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "…kierunek Berlin"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany

Rewelacyjny tekst, pełen osobistej refleksji. Czytałem go kilka razy….pełen różnych odcieni i blasków. Pozostawia do myślenia. Dzięki.

wpDiscuz