admin 1 grudnia 2019

ODYSEJA WIŚLANA

ETAP: GLEWO –WŁOCŁAWEK (SUBIEKTYWNE ZAPISKI)

Odyseja Wiślana to autorski projekt przepłynięcia wpław Wisły od Jeziora Goczałkowickiego aż do Bałtyku. Projekt realizowany etapami przez Leszka Naziemca i Łukasza Tkacza (na wielu odcinkach płynie również Marek Grzywa).

Cele projektu: sportowo-przygodowy, ekologiczny, propagowanie nauki pływania

     Odcinek na wysokości Dobrzynia kończyliśmy z myślą, że tej jesieni to ostatni z etapów Odysei, no może zimą jeden wypad, ale generalnie czekamy do wiosny, gdy woda jest cieplejsza i można pokonać o wiele więcej kilometrów. Nie byłoby z tym problemu gdyby nie fakt, że dojazd Śląsk-Włocławek zajmuje już trochę czasu.

Zdziwiłam się więc gdy dostałam telefon od Leszka:

-W weekend jedziemy na Wisłę, jedziesz? Ma być ładna pogoda.

-Tak, jasne!

-Super, nocujemy tam gdzie ostatnio, resztę dogadamy później.

A więc jedziemy. Daję znać Kacprowi – mojemu dziecku, którego jak tylko się da ciągnę na wyjazdy.

– Mama mieliśmy przecież pomagać cioci!

No tak zapomniałam, że miałam pomóc w organizacji biegu trekkingowego, ten sam weekend! Jakoś to dogadamy.

     Tym razem wyjeżdżamy na spokojnie, w sobotę koło południa, zabieramy się z Marcinem i Anią, jedziemy z dzieciakami. W poniedziałek wypada Dzień Niepodległości, także mamy pełne dwa dni.

W drodze pogoda jakaś taka zmienna, jest dosyć zimno. Zajeżdżamy bez większych problemów, Leszek dojeżdża niewiele później.

     Wieczorem siadamy w pokoju kominkowym razem z Grześkiem – wraz z żoną prowadzi pensjonat, w którym zatrzymujemy się już drugi raz. Jest mocno zaangażowany w przedsięwzięcie i pomaga jak tylko się da. Zresztą dużo można by opowiadać o właścicielach i samym miejscu, ale to już odrębna historia. Łukasz ma dojechać następnego dnia w południe i nadrobić przepłynięty przez Leszka odcinek. Leszek gdzieś znika. Poszedł zmierzyć temperaturę wody +8,5 stopnia. Jest dosyć zimno. Liczył na +11.

     Zaczynamy zastanawiać się ile da radę przepłynąć i gdzie zrobić przystanki na ogrzanie się. Dmuchany kajak został w Katowicach, bo zakładaliśmy, że będzie cieplej. W planach było pokonanie: 6km do tamy w niedzielę,  na drugi dzień kolejne kilometry od Włocławka, już poniżej tamy.

     No cóż, jak to zwykle bywa, życie zweryfikowało plany, zakładamy, że przystanki będą po ok 1-1,5 km, Grzesiek wskazuje miejsca gdzie jest możliwe zejście, nie wszystkich jesteśmy pewni, zweryfikujemy jutro – już na miejscu. Ostatnie 3 km przed samą tamą w ogóle jest niepewne. Prawy brzeg jest tu dosyć stromy.

Zależy nam by zgodnie z planem wyjść już poza tamę, informacja o planowanej trasie została oficjalnie ogłoszona i we Włocławku czekają już na chłopaków.

     Leszek wygląda na zaniepokojonego temperaturą wody i problemami z przystankami. Potrzeba częstszych postojów to problem też dla asekurujących, by zdążyć na czas. Zanim Leszek pokona wyznaczony dystans, trzeba się pozbierać z ostatniej lokalizacji, dotrzeć do samochodu, przejechać kawałek, by znowu wysiąść, znaleźć zejście do wody, przepraszając w między czasie gospodarzy  posesji, odganiając ewentualne psy i przedzierając się przez kolczaste zarośla. Siedzimy jeszcze chwilę rozmawiając o różnych ważnych i mniej ważnych sprawach, by za chwilę rozejść się do pokoi i wypocząć przed jutrem.

Zbiórka zaplanowana na 6.45.

– Mam pomysł! – Rzuca rano Leszek na moje zaspane cześć.

– Podzielimy tą część! 3 km rano i 3 km późnym popołudniem. – wydawał się być spokojniejszy i całkiem pogodny.

     Pierwsze przystanki mieliśmy ustalone, Grzesiek jeszcze wczoraj wykonał kilka telefonów, żeby grzecznościowo zapytać i poinformować kogo miał możliwość, o naszym planowanym porannym wtargnięciu na  posesje. Przed wyruszeniem dociera jeszcze Tomek, który zadeklarował pomoc, zresztą pomagał również na etapie Płock.

Aby zejść do miejsca w którym skończyliśmy ostatni etap przechodzimy przez zaorane pole, grzęznąc w rozpulchnionej ziemi, otwiera się za to piękna panorama na zalew.

     Jest blady świt, zielonkawoniebieskie niebo znaczą gdzieniegdzie różowe i białe obłoki. Zalew Włocławski wygląda o tej porze plastycznie, niczym pozaziemskie jezioro wypełnione jakąś gęstą tajemniczą substancją. Lekki wiatr delikatnie fałduje tę powierzchnię, jeszcze bardziej wzmagając to wrażenie. Jest coś nieodgadnionego w tej głębi. Cisza… czasami słychać tylko pojedyncze nawoływania ptaków.

     Leszek szykuje się, wszyscy, łącznie chyba z nim samym, są lekko zaniepokojeni i onieśmieleni, jakby to miała być długa podróż w nieznane, z której nie wiadomo kiedy wróci.

     Robimy jakieś fotki, coś nagrywamy, jeszcze zdjęcie z banerem sponsora. Grzesiek z Tomkiem oddalają się by mieć więcej czasu na znalezienie dogodnego miejsca na pierwszy postój. My czekamy jeszcze, zbierzemy wszystkie rzeczy.

– Dobra, to płynę – powoli, ale zdecydowanym krokiem Leszek wchodzi do wody, by po chwili ruszyć kraulem, patrzymy jeszcze przez chwilę na odpływającą w stronę wschodzącego słońca sylwetkę.

– To jest niezły koleś! – Marcin wyrywa mnie z transu, z uznaniem i niedowierzaniem kręci głową. Uśmiecham się – wszyscy czujemy to samo.

    Czas ruszać bo nie zdążymy, szybkim krokiem pokonujemy przybrzeżne wzniesienia zwane przez miejscowych górami, grzęźniemy ponownie w zaoranej ziemi i kierujemy się w stronę samochodu.

     Grzesiek informuje nas gdzie zeszli do wody (znana okoliczna restauracja-gospoda) i że tu nie udało mu się porozmawiać z właścicielem, więc jak kogoś będziemy widzieć to trzeba będzie tłumaczyć. „Pod zachrypniętym kogutem” wita nas kilka psów, przez okno widzimy krzątającą się przy zapalonym świetle kucharkę, nie ma czasu informować, biegniemy na brzeg.

     Wyjeżdżając zapomnieliśmy wziąć flagę, miał to być znak rozpoznawczy dla Leszka. Jak zeszliśmy z Marcinem na dół okazało się jednak, że chłopaki zdążyli już zrobić flagę z żółtego worka i kija, z którą stali na zwalonym pniu, niczym ze sztandarem.

Miałam obawy czy będzie to widoczne z wody, ale patent okazał się dobry.

     Cały czas zaprzątaliśmy sobie głowy jak asekurować Leszka i Łukasza popołudniu, dzień jest już krótki – będą płynąć w ciemnościach. Brzeg od tego momentu, aż do samej tamy jest urwisty. Sprawne zejście i zorganizowanie przystanków wydaje się być niemożliwe.

     Ostatni przystanek był na wysokości domu wujostwa Grześka. Przed domem przywitał nas Andrzej. Schodząc do wody poniżej domu zauważyliśmy stary kajak odwrócony dnem do góry. Kajak! To jest to!

     Zgarnęliśmy Leszka z wody, i na zaproszenie Andrzeja wstąpiliśmy w progi domu na gorącą kawę i herbatę. Weszliśmy od tarasu do ciepłego, klimatycznego salonu. Do pełnego obrazów i  rzeźb wnętrza zaglądały promienie słońca.

Siedząc na kanapie przy gorącej herbacie rozmawiamy.

     Pytamy przy okazji o kajak, Andrzej ostrzega nas, że leży on w tym miejscu od co najmniej 5 lat, nie wie w jakim jest stanie. Ale my już zdążyliśmy go odwrócić i sprawdzić, dziur nie ma.

– Jak chcecie to bierzcie – rzuca Andrzej.

Teraz jesteśmy spokojniejsi, będziemy asekurować z wody.

     W miedzy czasie przyjeżdża Łukasz i nadrabia przepłynięty przez Leszka odcinek. Nie uczestniczę już w asekuracji, wracam spędzić trochę czasu z Młodym.

Popołudniu ruszamy dalej.

Na kajaku będę razem z Tomkiem, który decyduje się zostać i wspomóc nas.

     Dom Andrzeja stoi na sporym wzniesieniu. Do wody prowadzi kręta stroma i trochę zarośnięta ścieżka. Kajak ciągniemy na linie – w miarę gładko sunie po trawie. Czuję lekkie podekscytowanie.

     Uzbrajamy się w latarki –  wszystkie jakie posiadamy, czołówki zakładamy a resztę chowamy po kieszeniach. Kajak wypychamy workami z ubraniem i jedzeniem. Jest przykurzony, ściągamy tylko widoczne pajęczyny i wchodzimy do środka.

     Jest ciemno, wodę oświetla jedynie księżyc i łuna bijąca na horyzoncie od Włocławka. Na tym odcinku nie ma za dużo domostw.

Wypływamy z połyskujących w świetle księżyca trzcin.

     Uzgadniamy, że pierwszy postój robimy za pół godziny, nie dłużej. Kajak sunie cicho, lekko po wodzie, zdecydowanie łatwiej nim manewrować niż dmuchanym klubowym, którym razem z Tomkiem płynęliśmy w Płocku. Na horyzoncie pojawia się blask oświetlonej tamy- naszego celu, z daleka  widać przemieszczające się z jednego brzegu na drugi jasne punkciki – światła samochodów, na lewym brzegu mieni się feerią świateł Włocławek.

Wokoło pusto i cicho, słychać tylko rytmiczne pluski kraulu Leszka, Łukasza płynącego żabką nawet nie słychać.

Trzymamy się blisko pływaków, tak żeby nas widzieli, i żebyśmy my widzieli ich.

     W tych ciemnościach na zalewie o szerokości w tym miejscu ok 1,5 km nietrudno zgubić dwóch samotnie przemieszczających się pływaków. Czarną taflę wody oświetla tylko księżyc, i nasze latarki. Po chwili mijamy szerokie ujście rzeki, widać w głębi oświetlenie mariny Zarzeczewo.

     Patrzymy nerwowo na zegarki, ujście ciągnie się, jesteśmy dosyć daleko od ciemnych, poszarpanych brzegów, a chłopaki są już długo w wodzie, trzeba zacząć się rozglądać za miejscem na postój.

Po drodze co jakiś czas zrywają się spłoszone tą osobliwą wyprawą ptaki.

     Usilnie wpatrujemy się w ciemności, ale nic nie widać, musimy podpłynąć bliżej brzegu. Ustalamy, że nie ma co szukać idealnego miejsca, bo jest to po prostu niebezpieczne. Rozdzielenie się nawet na poszukiwanie miejsca postoju grozi zgubieniem chłopaków. Z drugiej strony jesteśmy dla nich jak latarnia – gdzie my kajakiem oni wpław za nami. Trzeba więc uważać na wszelkie konary, gałęzie bo może my damy radę, ale Leszek i Łukasz mogą się nieźle pokiereszować. W tych ciemnościach nie było to łatwe zadanie, czołówki dają nam oświetlenie na dosyć krótką odległość, chcemy znaleźć po prostu kawałek przyjaznego miejsca. Podpływamy dosyć blisko brzegu by cokolwiek widzieć, w końcu coś znajdujemy i wychodzimy na brzeg,  miejsca dosłownie tyle żeby stanąć, dostanie się tu z lądu byłoby raczej niemożliwe.

     Chłopaki wyziębieni opatulają się, zaczynają się drgawki. Spokojnie czekamy, aż się trochę rozgrzeją i wrócą do w miarę normalnej temperatury ciała.

     Nasz drugi postój był jeszcze mniej dostępny. Wpłynęliśmy między konary. Z czarnych drzew zerwały się kormorany. Przeleciały z łoskotem niczym złowrogie czarne cienie, zostawiając za sobą niepokojącą ciszę.

     Między zwalonymi drzewami, a bluszczami okrywającymi jakieś śmieci i wszystko pozostałe próbowaliśmy dostrzec jakiś fragment stałego lądu. Im bliżej podpływaliśmy tym bardziej czuć było jednak gryzący smród odchodów kormoranów. Odwróciłam się szukając wzrokiem sylwetek pływaków. Leszek i Łukasz kierowali się za nami, mieli do nas kilkanaście metrów. Za późno było już na zmianę miejsca. Poprowadziliśmy latarkami chłopaków, wskazując w wodzie konary na które trzeba uważać, po zwalonym drzewie wyszli na ten nie za bardzo przyjazny do odpoczynku teren. Ewidentnie byliśmy tu intruzami – mimo wszechobecnych śmieci przykrytych bluszczem, teren był dziki.  Coś głośno chlupnęło w wodzie, jakby ktoś wrzucił sporych rozmiarów kamień – jakaś ryba. Wyobraziłam sobie wielkiego suma, pływającego gdzieś w pobliżu. Zaczynam rozumieć skąd te legendy o rzecznych potworach, Diabłokoniu, czy sumach ludojadach. Po zmierzchu rzeka jest jak zaczarowana i jeszcze bardziej dzika, to my jesteśmy tu gośćmi.

Dzwonię do Marcina – widzą nas już z tamy, potwierdzamy lokalizację dając sygnały latarką.

Postój zajął nam co najmniej 30 min. Jesteśmy niedaleko – następny przystanek już na tamie.

Marcin z Grześkiem czekają na nas. Gdy jesteśmy już blisko tamy kierują nas z brzegu latarkami na dogodne wyjście. Jesteśmy!

Chłopaki wychodzą uszczęśliwieni.

Robimy zdjęcia.

Leszek z Łukaszem idą do ciepłego samochodu, a my ruszamy dalej.

Nasz kajak staruszek spisał się świetnie. Teraz musimy odprowadzić go spowrotem w górę zalewu.

     Teraz płyniemy już samotnie, więc porządnie machamy wiosłami. Księżyc wisi nad nami. Kajak lekko sunie przez ciemną toń Wisły. Możemy nacieszyć się piękną nocą. Znowu słyszymy głośny plusk. Mamy towarzysza.

     Jeszcze tylko minąć ujście rzeki i tam już niedaleko powinniśmy widzieć na wzgórzu jasne światło – Andrzej zapalił dla nas reflektor, który teraz prowadzi nas do celu niczym latarnia marynarzy.
Dobijamy do brzegu po niecałej godzinie może szybciej. Pozostała część ekipy już jest pod domem Andrzeja.

     Chłopaki wspólnymi siłami wciągają kajak na górę, mają takie tempo, że ja niczego nie ciągnąc prawie za nimi biegnę. Wszystkim dopisują świetne humory.

Dzisiejszy dzień dobrze zakończyliśmy. Jutro już Włocławek.

A kajak znowu leży do góry dnem w tym samym miejscu skąd go wzięliśmy. Tylko wygląda jakby bardziej świeżo. Może teraz trochę częściej popływa?

Tekst: Aleksandra Lisek

Zdjęcia: Tomasz Malowaniec

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o