W 2017 roku przepłynąłem milę na Spitsbergenie i rok później kilometr na Antarktydzie, w wodzie o temperaturze minus 1,2 stopnia. Pomyślałem, że jestem już dobrze przystosowany do zimna i może warto spróbować dołożyć drugi, nowy dla mnie bodziec – niskie ciśnienie. Już na Antarktydzie zacząłem myśleć o dłuższej przeprawie przez jezioro Titicaca. Jezioro leży na wysokości 3812 m. n.p.m. Dla pływaka dostępne jest 60 procent tlenu, w porównaniu z nizinami. Temperatura wody wacha się od 10 do 14 stopni. Titicaca ma prawie 200 km długości i zróżnicowaną szerokość. Jest najwyżej położonym jeziorem świata, po którym poruszają się regularnie statki. Bezpośredniej inspiracji do przeprawy dostarczył mi Diego Lopez, pływak, z którym byłem na Antarktydzie i który pływał już w jeziorze. Mówił, że było bardzo ciężko. Ale inspiracji było więcej. Jedna z nich, to książka Thora Heyerdahla „Wyprawa Kon – Tiki”. Norweg po drugiej wojnie światowej starał się udowodnić, że używając prostej tratwy, można przemierzyć tysiące kilometrów i zasiedlić w ten sposób odległe wyspy Pacyfiku. Uważał, że tak właśnie zrobili Indianie Ameryki Południowej. Chyba tak nie było, bo genetycznie Polinezyjczycy są spokrewnieni bardziej z rdzennymi mieszkańcami Tajwanu. Ale kto wie? Mi się spodobało samo podejście Heyerdahla. Takie bardzo romantyczne. Otóż, jeśli mam jakąś hipotezę, to mogę ją sprawdzić poprzez swoją wyprawę, przeżywając własne przygody. Po prostu sprawdzam koncepcję swoim życiem. Podobne podejście miał również inny z ważnych dla mnie autorów, Oliver Sacks. No ale jest jeszcze druga sprawa. Thor interesował się kulturą jeziora Titicaca. Stąd też nazwa jego tratwy. Uważał, że źródła kultury Pacyfiku mogą znajdować się właśnie tam. Pokazał poza tym także, że można robić bardzo proste, pierwotne rzeczy, które są jednocześnie nowatorskie. Czy istnieje, lub może zaistnieć pływanie wysokogórskie? Pewnie, że może! Dla mnie to jednak gałąź pływania przygodowego w zimnej wodzie. Jeśli nie masz wypracowanej „bazy termicznej”, to nie masz czego tam szukać. Dwa bodźce: zimno i niski poziom tlenu Cię zniszczą. Ale może można powoli wypracować adaptację? Wracając jeszcze do samej Ameryki Południowej. Oczywiście, ku przygodzie pcha mnie ten mit jakiegoś lepszego świata. Kontynentu gdzie lasy, rzeki, pradawne kultury i naturalnie, jedzenie, po prostu wszystko jest lepsze. Obietnica Południowej Ameryki jest wielka. Choć niestety nie wiem, czy już się spełnia. Może się kiedyś spełni.

 

Trening

     O pomoc w treningach poprosiłem Julię Kozerską, rekordzistkę świata we freedivingu. Julia pływa na wstrzymanym oddechu, pod wodą niecałe 197m, stylem klasycznym, nie używając płetw (DNF). Przez cały rok pływałem długie odcinki kraulem z oddechem na 5 i 7 ruchów, używałem też zaklejonej w dwóch trzecich pływackiej rurki czołowej. Z rurką pływałem zadanie: 3km ciągiem. Robiłem także, dużo odcinków na wstrzymanym oddechu pod wodą, co miało na celu zwiększenie tolerancji na małą ilość tlenu i przyzwyczajenie się do uczucia duszności. W tej chwili jestem w stanie pływać 100 m DNF. Do treningu dołączyłem elementy metody Butejki. (Pomagał mi trener i fizjoterapeuta Maciej Szyszka). Nie zaniedbywałem też przez cały czas pływania w zimnej wodzie. O freedivingu, czyli swobodnym nurkowaniu muszę powiedzieć, że jest bardzo wciągające. Jest tu ten sam element, co w zimowym pływaniu – prostota. W moim przypadku, będzie to na pewno teraz, jak i w przyszłości wersja archaiczna nurkowania: bez pianki neoprenowej, bo lubię minimalizować wpływ gadżetów i ułatwień technologicznych. A celem będzie poprawianie moich wyników w dzikiej, chłodnej wodzie. Trening nurkowy, podobnie jak trening w zimnej wodzie, pozwala oswajać nasze lęki. Podobnie też wymaga systematyczności i cierpliwości. Odcinek przepłynięty pod wodą, bezpośrednio zależy od stanu umysłu. Jeśli się uspokoisz, wyciszysz i skoncentrujesz, twój wynik będzie od razu lepszy. Trening koncentracji poprzedzający samą próbę, pomaga też w zwykłym życiu. W sytuacji stresowej można automatycznie wejść w stan poprzedzający pływanie pod wodą i nagle napięcie zaczyna opadać, a pojawia się koncentracja. Bardzo fajne odkrycie. Myślę też, że trening nurkowy może być narzędziem terapeutycznym w nerwicach, w których na pierwszy plan wysuwają się różne lęki, szczególnie dla ludzi z tendencją a do ataków paniki. Bo pod wodą, łatwo dojść do punktu, w którym jesteśmy blisko paniki, a jednak bezpieczni, bo możemy zaraz przerwać nurkowanie. Zyskujemy kontrolę na granicy paniki. Oczywiście, ktoś musi ciągle patrzeć na nas i dbać o nasze bezpieczeństwo. Taki psychoterapeuta. Podobne rzeczy mają miejsce, gdy trenujemy zwykłe pływanie w dzikiej, zimnej wodzie. Też przezwyciężamy lęki. Tak samo tutaj musimy zawsze pamiętać o bezpieczeństwie i asekuracji. Albo nie musimy, ale wtedy mamy szansę skończyć marnie. Oprócz ekscytujących wątków nurkowych, trenowałem w normalny dla mnie sposób. W ciągu całego roku, weekendy były czasem łapania objętości treningowej: czy to na basenie, czy w rzece Wiśle, lub w jeziorze. Kilometraż musiał być dwucyfrowy. Od lat utrzymuję też reżim trenowania 6 razy w tygodniu. W grudniu pływałem już ponad 10 km, co drugi dzień, robiąc co dzień także trening na lądzie. Problem w tym, że chce się przy tym jeść. No i jem chyba za dużo, bo moja waga ciągle była i jest trochę za wysoka.

 

Wyprawa do Peru

     Podstawowym problemem dla mnie był czas. Jestem człowiekiem pracującym zawodowo, zaangażowanym w życie rodzinne. Udało mi się zorganizować tak, że na wysokości 4000m w Puno, nad jeziorem, mogłem przebywać tylko 9 dni. Przed samym wyjazdem spałem jeszcze 5 nocy w namiocie hipoksyjnym. Pomyślałem, że wystartuję w piątej dobie pobytu na wysokości i taka aklimatyzacja musi wystarczyć. Jeśli pogoda będzie bardzo zła, to będę mógł poczekać i popłynąć np. w 8 dobie. Na wyprawę poleciała także moja żona Sylwia, doświadczony doktor wyprawowy, Michał Starosolski i fotograf Tomasz Muc, który jest także zimowym pływakiem i może uczestniczyć w akcjach ratunkowych w trudnych warunkach. Droga nad jezioro ze Śląska jest dość długa i kosztowna. Miałem czas jedynie po świętach Bożego Narodzenia, a w tym okresie bilety lotnicze są droższe. Jednak to dobry czas na pływanie. Jest lato na półkuli południowej i trochę cieplejsza woda w jeziorze. Jednocześnie pogoda jest wtedy zmienna: bardzo dużo pada i wieje. Podróż wyglądała tak: najpierw autem do Pragi. Potem samolotem do Amsterdamu, tam nocleg. Potem lot do Limy. Lima była dla mnie ważnym miejscem, ponieważ leży nad Pacyfikiem, a ja nie pływałem nigdy w tym akwenie. W każdym innym oceanie, ale nie tu. Oczywiście podział świata na oceany jest trochę arbitralny, mam tego świadomość, ale jednak. Ocean Arktyczny czyli lodowaty: kojarzy mi się z biełuchami, które widziałem i przygodami w starym stylu. Miałem okazję pływać w Arktyce w prostych warunkach na starym jachcie. Atlantyk to wiele historii pływackich z uchatkami i wielorybami w tle. Ocean Indyjski to dla mnie pingwiny. Tak! Takiego pływania dostąpiłem w Południowej Afryce. Ocean Połudnoiwy. Nic nie napiszę. To oddzielna zapierająca dech historia. A teraz Lima. Limka. Pacyfik był tu groźny i ponury. Nad stolicą Peru wisiały ołowiane chmury. Podobno jest tu tak bardzo często. Miejscowi mówią, że mieszkają pod brzuchem osła. Pomimo, że było ciepło, woda miała tylko 20 stopni. Nikt się tu nie kąpał, za to liczni byli surferzy. Fala w morzu miała taką energię, że jak tylko zacząłem płynąć, dostałem strzał, który zerwał mi okulary i nawet tego nie zauważyłem, bo chciałem dalej utrzymać się na powierzchni i równo płynąć. Bardzo ekscytujące to pływnie w Pacyfiku. Patrząc na Limę, odnosi się wrażenie, że jest to miasto wielkich nierówności społecznych. Od lotniska ciągną się domy, które są jakby niedobudowane, trochę prowizoryczne. Z punktu widzenia Europejczyka na ulicach panuje jakiś chaos. Z kolei nasza dzielnica – Miraflores, wygląda dobrze i wszyscy zapewniają nas się, że jest bezpiecznie. Myślałem, że będzie może trochę bardziej zielono. Nie możemy zapomnieć, że jest to obszar aktywny sejsmicznie. Wszędzie widać ostrzeżenia i wskazówki, gdzie uciekać w razie co. Nocujemy w Limie, by rano lecieć już w Andy. Przed spaniem udaje nam się napić popularnego napoju pisco sour. Pisco, czyli odpowiednik grappy ( bimber z wytłoczyn winogron), miksuje się z sokiem z limonek, biłkiem jajka i cukrem. Czasem podaje się jeszcze z jakimiś dodatkami. Drink jest ok. Zgodnie uznajemy, że dalibyśmy może trochę mniej cukru. Rano, na śniadaniu mamy jeszcze okazję skosztować lokalnych owoców, soków i koktajli. To jest moc. Ponieważ to przekracza nasze oczekiwania. Mniam. Samo lotnisko w Limie jest dla nas ciekawe. Trzeba wspomnieć, że Peru to kraj trzy razy większy od Polski i bardzo zróżnicowany geograficznie i etnicznie. Z grubsza można powiedzieć, że mamy tu trzy krainy. Nadmorską, Andy i Dżunglę. Peru to też Amazonia. Nawet ludzie pochodzący z tego samego regionu mogą wyglądać inaczej i mówić innym językiem. Nawet pochodzącym z innej rodziny języków. Dlatego w Limie jest tak różnorodnie i dla kogoś od nas tak ekscytująco. Lecimy nad Andami, by wylądować w Juliace. To to lotnisko w Andach, blisko Puno – stolicy regionu. Po wyjściu z samolotu różnicę ciśnień czujemy schylająć się po bagaż i kiedy wykonujemy szybsze ruchy. Byliśmy na wysokości zero, a teraz na czterech kilometrach. Wieczorami przez trzy dni trochę cierpimy. Jakiś delikatny ból głowy i zmęczenie. Nie ma apetytu. Mamy pulsoksymetry i sprawdzamy sobie poziom nasycenia krwi tlenem. Wychodzi 85 procent nasycenia, a powinno być od 97 – 100 procent. Sprawdzamy też, jaką saturację mają mieszkańcy Puno. Wychodzi, że taką samą, ale są przystosowani. Normalnie żyją i uprawiają sport. Patrząc jednak na innych turystów, wygląda na to, że nasza adaptacja jest jednak niezła.

     Dla chłopaka z Polski Peru może wydawać się egzotyczne, jednak ja od razu poczułem się w Puno bardzo swojsko. Ludzie byli dla nas bardzo gościnni i cierpliwi. Nie mieliśmy też problemów z komunikowaniem się, choć trzeba zaznaczyć, że hiszpański, przynajmniej podstawy, jest konieczny. W Puno i okolicy czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Stolica regionu wygląda nieco zamożniej niż inne miasta i miasteczka wokół jeziora. Zwykle budynki administracji publicznej i wszelkie placówki oświatowe wyglądają bardzo dobrze. Sporo jest zadbanych boisk sportowych i często można jechać po nowej, zadbanej szosie. W mieście wynajęliśmy większe auto (jest to możliwe tylko z kierowcą) i jeździliśmy po okolicy. Widzieliśmy sporo osad zamieszkałych przez pasterzy i rybaków. Pamiątki prekolumbijskie, może nie są tu zbyt okazałe, ale jednak sporo tego tutaj zostało. Rzeczywiście jada się tutaj na co dzień pieczone świnki morskie, a hoduje się je jak króliki. Nie mieliśmy ochoty tego próbować. Innym popularnym daniem jest kotlet z alpaki. Kilka razy zamówiłem słynne seviche ( jem okazjonalnie ryby), czyli surowa rybę marynowaną w limonce, papryce i cebuli. Można to jeść, ale nie widzę przewagi seviche nad naszym marynowanym śledziem.

 

Kawa i koka

     Bardzo się zdziwiłem, gdy się okazało, że trudno się napić się w Peru dobrej kawy. Jakieś neski wszędzie, w sklepie też takie sobie kawy. Przecież Peru to czołówka światowa w produkcji ziaren. Kawa wygrywająca konkursy smakoszy na świecie. O co chodzi? Dowiedziałem się, że jednak Peruwiańczycy nie pokochali kawy. Roślina została sprowadzona przez kolonizatorów, prosty rolnik musiał pracować na plantacji, a zysków, które generowała roślina raczej nie widział. I podobno tak jest do dzisiaj. Pieniądze powstają w następnych ogniwach łańcucha sprzedaży i nie schodzą w dół do rolnika. Kawa to towar eksportowy. Być może, jeśli wzrośnie zamożność mieszkańców, to kawa niejako wróci do Peru, jako typowa używka klasy średniej. Inaczej jest z liśćmi koki. To roślina tradycyjnie uprawiana w Andach i używa się jej powszechnie od wysokości 3000m. n.p.m. Można żuć liście lub robić sobie z nich napar. Podobno łagodzi skutki choroby wysokościowej. Pozwala też wydajniej wykonywać pracę fizyczną w warunkach ograniczonego dostępu tlenu. W formie nieprzetworzonej liście koki zawierają znikome ilości kokainy, a za to większe innych drogocennych alkaloidów, więc używanie jej jest bezpieczne. Po za tym odnieśliśmy też wrażenie, że ciągnęło nas naturalnie bardziej do naparów z liści koki, a niesmakowana nam ani kawa ani alkohol. Przynajmniej w pierwszych dniach.

 

Religijność

     Odrębna sprawą było obserwowanie żywej religijności na Altiplano – wyżynie andyjskiej. W małych miasteczkach znajdują się kolonialne kościoły, których styl to ponury barok. W środku ciemno, czarne obrazy z obowiązkowo wkomponowaną gdzieś czaszką. Do tego dochodzi wiele widocznych motywów indiańskich. Anioły, ornamentyka, nawet potrawy lokalne zamiast tradycyjnych żydowskich na obrazach. Kościoły te były dla nas bardzo ciekawe i pociągające. Takie memento mori. W Peru istnieje kult Jezusa Miłosiernego. W katedrze w Puno, w bocznej nawie można go podziwiać w pełnej okazałości. Jest też tam przetłumaczona koronka świętej Faustyny Kowalskiej i instrukcja, jak ją odmawiać. Wizerunki „naszego” Jezusa widać na obrazkach w samochodach i innych miejscach. Faustyna Kowalska jest prawdziwą ambasadorką Polski w Peru. Całkiem fantastycznie wygląda kult Matki Boskiej w Puno. Akurat trafiliśmy na barwne święto Matki Boskiej Gromnicznej, które odbywa się tu w Trzech Króli. Przez miasto przechodziły barwne, tańczące korowody. Każda dzielnica miasta miała swoją figurę Matki Boskiej, swoją głośną taneczną orkiestrę i swoją choreografię. Każda dzielnica starała się wypaść na tym świecie lepiej od innej. Jak świętujący zaczęli tańczyć po mszy o godzinie 14, tak skończyli dopiero o 22. Czasami uczestnicy procesji wspmogali się łykiem pisco. Żywe przejawy religijności katolickiej, mieszają się trochę, ale chyba nie przeszkadzają w kultywowaniu swoich rodzimych tradycji. Żywy jest kult Pachamamy – Matki Ziemi i inne elementy obrzędowości przedchrześcijańskiej. Nasz kierowca, zawołany katolik, nie miał problemu z rytuałem ( chyba modlitwą) w inkaskiej „bramie przejścia” do innego wymiaru. Zabrał nas, aby pokazać specjalny inkaski portal, którego strzegły na nieodległych skałach kondory. Potrzebował chwilę czasu dla siebie, aby wykonać rytuał. Może trzeba uznać, że wpływ religii rodzimych, to po prostu moc kultury Peruwiańczyków, którzy nie dali się do końca skolonizować.

     Puno leży nad dużą zatoką. Aby wypłynąć na otwarte jezioro potrzeba całej godziny. Najpierw dociera się do ogromnego trzcinowiska, oddzielającego zatokę od reszty jeziora. Woda w zatoce nie jest zbyt czysta. Na szczęście trzcinowiska (totoralia) filtrują wodę i poza zatoką jest pod tym względem bardzo dobrze. Opinia o Titicace, jako brudnym jeziorze bierze się z tego, że turyści często ruszają z Puno w kierunku trzcinowisk i nie spędzają wiele czasu na otwartym jeziorze. Oczywiście, że miasto powinno mieć oczyszczalnię i budowa takiej jest planowana. Ale na szczęście, to nie jest teren na tyle zaludniony i uprzemysłowiony, by ludzie (przynajmniej w tym momencie)wywołali katastrofę ekologiczną. Poza tym istnieje tu świadomość ekologiczna i działania chroniące przyrodę. Rozległe trzcinowiska skuteczne oczyszczają wodę z zatoki, dzięki mikroorganizmom występujących w tym ekosystemie. W Polsce mamy brudniej. Turyści zwykle przyjeżdżają tutaj do Puno na chwilę. Wsiadają na płaskodenną łódź, odwiedzają na chwilę wyspy Uros, Taquile, Amantani i uciekają dalej. Staje się to, wg mnie źródłem nieporozumień dotyczących życia na specyficznych pływających wyspach. Chodzi o pływające wyspy Uros, zbudowane z trzciny, na których żyją w dalszym ciągu, w tradycyjny sposób Peruwiańczycy. Jest ich kilkadziesiąt, największe są wielkości połowy boiska piłkarskiego. Każdą z nich zamieszkuje kilka rodzin. Wyspę buduje się z kostek wycinanych z dzikich trzcinowisk. Kostki łącza się trwale, ponieważ trzcina żyje i zaplata się ze sobą. Dół wyspy stale gnije, ze względu na ciągły kontakt z wodą, więc trzeba cały czas odnawiać wierzchnią warstwę. Wyspa jest też zacumowana do dna jeziora. Chaty, skromne meble, wszystko robi się z trzciny. Nowoczesne elementy, to małe panele słoneczne, które zasilają telefony komórkowe i żarówki. Także biotoalety kompostujące. Gospodarka Indian na wyspach opiera się na hodowli zwierząt : w trzcinowiskach hodują oni świnie i drób, opiera się też na rybołówstwie i turystyce. Jednak ruch turystyczny jest ściśle kontrolowany: można przybić do wyspy na 20 minut, posłuchać o historii opowiadanych przez ludzi, kupić rękodzieło i trzeba zaraz odpływać. To powoduje, że wiele osób pisze, że to cepeliada. Odgrywanie scen z dawnego życia jak w skansenie. Jednak tak nie jest, ponieważ ludzie naprawdę tam tak żyją. Dzięki organizowanej przeprawie, mieliśmy okazję przyjrzeć się temu bliżej. Historia wysp wygląda, wg opowieści miejscowych tak: Indianie Uros zamieszkiwali kiedyś stały ląd. Jednak inwazja Inków spowodowała, że zostali wyparci na jezioro. Dzięki temu zachowali dużo ze swojej wolności i niezależności. Wyspy rzeczywiście posiadają pewną administracyjną niezależność. Mieszkańcy wysp posługują się językiem aymara, który nie jest jednak ich pierwotnym językiem. Język oryginalny został niestety zapomniany. Na stałym lądzie mieszkańcy także posługują się aymara, oprócz tego quechua i hiszpańskim. Warto jeszcze wspomnieć, że wszyscy oni umieją pływać i co roku organizują, pomiędzy wyspami zawody na 600m. Na dłuższy dystans, mówią, jest za zimno.

 

Trening na miejscu

     Miałem okazję pływać w jeziorze kilka razy. Pierwszy raz w zatoce, wynajęliśmy wtedy statek na krótki czas do asekuracji. Wszedłem do wody przy trzcinowiskach, żeby uniknąć portowych zanieczyszczeń. Pływałem też w zatoce Capachica. Jest to miejsce do którego mieszkańcy Puno jadą na piknik. Jest grilowanie, namioty, jakieś przyczepy mieszkalne. Ale tłumu nie ma. Dzieci bawią się tam w wodzie, choć ta ma 14 stopni, a powietrze 10. Dodatkowo dopływają do zatoki, zresztą wszędzie tak jest, zimne górskie strumienie. Takie mają lato. Z drugiej strony trzeba mieć sporo pieniędzy, żeby odpoczywać w cieple nad morzem. To bardzo długa droga przez Andy. Raczej w obecnych czasach lot samolotem.Wszedłem jeszcze do wody przy wyspach Uros i przepłynąłem się przy wyspie Taquile. Tutaj są wspaniałe widoki. Wyspa przypomina trochę Maderę, może Azory. Stroje, wyspiarskie zwyczaje, różnią się od tych występujących na innych wyspach i stałym lądzie. Nie trenowałem w wodzie za wiele. Podobno lepiej się nie przemęczać, jeśli nie ma się jeszcze pełnej adaptacji. Dużo po prostu chodziliśmy, bo wszystko było interesujące. Góry, wąwozy,wyżyna, miasteczka. Co 20 km zmieniają się stroje ludzi, więc wyglądają inaczej. Zawsze kolorowo i ciekawie. Przynajmniej z naszej perspektywy.

 

Przeprawa 3.01.2021

     W porcie umówiliśmy bez problemu statek do asekuracji. Pływają tam spore turystyczne łodzie płaskodenne. Niestety istnieje prawo ściśle określające godzinę powrotu do portu. Statek musi być z powrotem o 17. Wieczorem, zwykle pojawia się ostry wiatr, możliwe są burze i pływanie po otwartym jeziorze ( gdzie fale są bardzo podobne do fali morza bałtyckiego), jest wg władz zbyt niebezpieczne. Ruch turystyczny w okresie, w którym tam byliśmy był niewielki. 

     Zdecydowałem się na trasę na otwartym jeziorze. Start z wyspy Taquile i lądowanie na stałym lądzie po około 10km. Jeśli byłby czas i warunki była możliwość wydłużenia trasy nawet do 20 km. Tyle wynosi najdłuższa przeprawa przez jezioro wg doniesień, które można znaleźć w sieci. Z reguły, jako długie wyzwanie próbuje się przepłynąć trasę około czterokilometrową. Z portu w Puno wyruszyliśmy o świcie, trasa do wyspy Taquile zajęła nam ponad 3 godziny. Na „Morzu Titicaca” panowały złe warunki, obecna była krótka fala do 1m. Michał nasmarował mnie lanoliną i kremem z filtrem. Wyskoczyłem ze statku i dopłynąłem 150 m do brzegu wyspy. Dałem znak ręką i wystartowałem. Woda miała 14 stopni, jednak płynąc, odczuwało się zimniejsze prądy. Samo pływanie było bardzo frustrujące: co 50 – 100m chwytała mnie duszność. Musiałem przechodzić na żabkę i uspokajać oddech. Nie mogłem utrzymać normalnego rytmu pływackiego. Na szczęście nie panikowałem – znałem to uczucie z freedivingu. Wewnętrzny spokój, to najważniejsza rzecz, którą trzeba zachować płynąc przez jezioro. Najgorsze było, że duszność, brak tchu pojawiała się znienacka. Trzydzieści ruchów było komfortowych i nagle bach! Koniec! Podajcie mi tlen! Oczywiście żadnego tlenu nie używałem, ale miałbym ochotę. Tutaj popularne jest wśród turystów noszenie swojej małej butli z tlenem. Jeśli ktoś tylko dla zabawy wejdzie na chwilę do jeziora i zrobi tylko kilka ruchów pływackich, to może odnieść wrażenie, że nie jest tak źle. Ale niech spróbuje popłynąć 300 metrów. Wtedy powinno go już dopaść. Trudność w pływaniu, w porównaniu z trekingiem na wysokości jest taka , że oddech musi być skoordynowany z ruchami pływackimi. Nie można dyszeć. Pływanie na grzbiecie jest problematyczne ze względu na nawigację. Trudne było dla mnie też picie z bidonu. Po prostu kosztowało mnie to dużo energii i dusiłem się przy tym. Ostatecznie zacząłem pić wodę z jeziora, co było wygodniejsze. Woda poza zatoką była bardzo czysta. W pewnym momencie zanurkowałem po banana, który mi wypadł z ręki. Myślałem, że się uduszę! Na trasie cały czas marzłem. Nie tak, że rozwijała się groźna hipotermia, ale nie miałem komfortu termicznego. Może płynąłem za wolno, może było za mało tlenu, by rozpalić porządnie w moim wewnętrznym piecu. Normalnie 14 stopni to dla mnie ciepła woda. Można powiedzieć, że walczyłem o każdy kilometr. Miałem kryzys od razu po dwóch kilometrach, ale pomyślałem sobie, ze minimum 6 muszę zrobić. Za wszelką cenę. Żeby nie było wstydu. Na szóstym zmusiłem się do siódmego i tak po kolei dociągnąłem do lądu stałego na 10,5 km. W tym momencie pilot łodzi oznajmił, że jeśli chcę pływać następny odcinek, to została mi tylko godzina, bo jest teraz 10 minut po 14, a on musi wrócić do portu o 17. Byłem wyczerpany, ale może, jeśli bym wiedział, że mogę płynąć dalej długą trasę, a nie tylko przez godzinę, to bym się jeszcze zmobilizował. W tej sytuacji wyszedłem na ląd i zakończyłem próbę. Na koniec warto wspomnieć o palącym słońcu na tej wysokości i szerokości geograficznej. Miałem poparzenia nóg i pleców, choć słońce mnie nie ogrzało i używałem filtra 50.

 

Wnioski

     Na początku byłem niezadowolony z tego wszystkiego, ale potem przemyślałem, doszedłem do siebie i uznałem, że było ok. Piękna przygoda! Płynąłem tylko w kąpielówkach, wg klasycznych zasad ustalonych na kanale La Manche, bez dotykania łodzi, bez łyków tlenu po drodze, co podnosi wartość przeprawy. Oczywiście zabrakło trochę adaptacji (może trzeba żuć więcej liści koki?), co można następnym razem poprawić. Kiedy wrócę nad jezioro, będę czekał dłużej na start. Generalnie jestem narwany i muszę nad tym popracować. Symptomatyczne jest to, że w 9 dniu pobytu w Puno poszedłem pobiegać po okolicznych wzniesieniach i było już całkiem dobrze, w porównaniu z pierwszymi dniami. Jednak nie umiałem się tam na tyle zregenerować, w tym Puno, by drugi raz podjąć próbę. Nawet po tygodniu w Polsce, na basenie, czułem, że się dalej strasznie męczę robiąc lekki trening. Przed drugą próbą, będę miał też co najmniej rok więcej treningu, ukierunkowanego na pływanie w takich warunkach. Wystąpiły też kłopoty organizacyjne, których trudno było uniknąć, będąc tam pierwszy raz. W Peru trzeba trochę improwizować, nie da się wszystkiego załatwić mailami z Polski. Teraz wiem co mogę poprawić i jak lepiej zorganizować łodzie do obstawy. Mam kontakt z Peruwiańczykami, którzy też wiedzą o co mi chodzi i mi pomogą. Titicaca czeka na mnie!

 

Podziękowania

     Super się złożyło, że spotkałem się z właścicielami firmy Alwero, która produkuje ubrania z wełny. Firma pokryła koszty biletów lotniczych i nas ubrała. Okazało się, ze na Wyżynie Andyjskiej wszyscy noszą na sobie wełnę, a wielu ją produkuje i sprzedaje. Rozpoznawano więc tkaniny, które mieliśmy na sobie i wyrażano uznanie, że to nie bawełna. Zawsze, dzięki temu mieliśmy okazję do nawiązania kontaktu. Wyprawę wspierał też finansowo i menedżersko Tomasz Białecki. Bez jego zaangażowania nic by się nie udało. Pragnę podziękować także mojej żonie, która wsparła mnie i pomogła w trudnych chwilach, także hamowała się i nie opieprzała mnie, jak na co dzień w domu. Dziękuję Michałowi Starosolskiemu, który zawsze gotowy jest na przygodę i zawsze potrafi wyczarować rozwiązania, które nie przychodzą mi do głowy. Dziękuję Tomaszowi Mucowi, który wierzy, że to wszystko ma sens, pomaga organizacyjnie i robi jeszcze świetne zdjęcia.

 

Tekst: Leszek Naziemiec

Zdjęcia: Tomasz Muc

 

« 1 z 3 »

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o