Przez wiele lat wrzucałem w siebie książki. Zawsze cztery, pięć na raz i koniecznie z różnych dziedzin. Często też seriami np. cały Hrabal,  cały Vargas, wszystko o ewolucjonizmie itd. Chyba też wiele z nich nawet trochę pamiętam. Aż w końcu zacząłem się napełniać i dostałem niestrawności. Taka idea, inna idea. Tu taki guru, tu inny ma znowu rację. Była taka scena w jednej książce ( i filmie), w której chłopiec pobierał nauki u kapłanów trzech różnych religii na raz i wszystko mu się podobało. Tak trochę  właśnie miałem ( albo mam). Jak się jego nauczyciele dowiedzieli, że jest gorliwy w trzech świątyniach równocześnie, to dopiero wybuchła afera. Teraz nastał czas, że dokonuję selekcji i wyrzucam z umysłu co się da. Chciałbym zachować to, co istotne i praktyczne dla mnie ( może co zostanie?). Nie potrzebuję obecnie więcej idei. Chcę na niektóre mądrości z książek krytycznie spojrzeć, a o wielu po prostu zapomnieć.

 

Dlaczego książki są złe?

  1. Są książki, które uwodzą. Wciągają nas, może są modne, a idee w nich zawarte zaczynają oddziaływać na świat. Ale w gruncie rzeczy są puste i głupie. Czasem to odkrywamy i jest nam strasznie wstyd. Jak nie odkrywamy to jeszcze gorzej.
  2. Czytając dużo, poświęcając im cały wolny czas, możemy mieć poczucie, że stajemy się mądrzejsi. A niby dlaczego? Może nie umiemy podumać o problemach samodzielnie i szukać swoich odpowiedzi. Może czytając oddalamy sie od samodzielnego myślenia. Zawsze potrzebujemy autorytetu. Może nie chcemy doświadczać życia i świata. Prawdziwych relacji z przyrodą i ludźmi. Może książki nas zamykają?
  3. Co z tego, że dużo czytamy, jeśli wybieramy zbyt mądre teksty i ich nie pojmujemy. Albo są związane z tradycją, do której nie mamy dostępu, typu dzieła chińskich mędrców. Nauczymy się jakiegoś sloganu, który jest od czapy po prostu. Jak miałem dwadzieścia lat, to czytałem filozofów, z których teraz może rozumiem jedno słowo ( albo i nie), ale wtedy marnowałem wiele wieczorów, myśląc, że dokonuje się alchemiczna transmutacja.  Mądra księga w gówno się przemienia.
  4. Jeśli czytamy uznanego autora, to wydaje nam się, że napisał jakaś mądrość. Tymczasem spójrzmy na Arystotelesa, albo Tomasza z Akwinu. Mądrzy ludzie piszą czasem głupie rzeczy, a my w to wierzymy.  Czasem wyjdzie komuś coś, ale potem pisząc następne dzieła, kręci się w kółko. Nie może już przezwyciężyć tych pierwszych idei, lub trwa posucha, ale pisać musi, lub wierzy, że ma dar.
  5. Jak to jest, że słuchamy człowieka, który nie przeczytał jednej książki w życiu, a jest doskonale mądry? Z tzw. kultury pierwotnej na przykład. A profesor z uniwersytetu  jest taki ograniczony? Teksty akademickie, produkowane, by zdobyć jakieś punkty i „ do dorobku,” to często przykłady największych gniotów, do których nikt nie zajrzy, a jedynie umieści w swoich przypisach, gdy tworzy kolejne nic. Na szczęście większość tej twórczości pochłonie chaos.
  6. Teraz dla mnie ważna rzecz. Dlaczego zapisane słowa są lepsze niż wypowiedziane? Czy nie jest tak, że ktoś nam powiedział coś, co stało się dla nas punktem odniesienia na dobre i na złe? Czy zapisane słowo jest mądrzejsze, bo bardziej przemyślane? Niekoniecznie. Czy jak przyjaciel mi coś powie lub opowie, to nie jest to ważniejsze niż jakiś druk? Książka to tylko medium do przekazywania idei czy opowieści. Media mogą być różne. Medium naprawdę uwzniośla treść? Gutenberg jest dobry, a fejsbuk zły?
  7. Staram się znaleźć jakieś pozytywy. Może to, że da się spojrzeć na jakiś tekst pochodzący z otchłani wieków? I że stara opowieść może do nas przemówić? Jednak, stoję na stanowisku, że warto to całe czytelnictwo trochę ukrócić, zacząć żyć i robić (nie-robić) lub przeżywać ( nie-przeżywać) coś dla nas ważnego, bo czas jest ograniczony. Czesław Miłosz mówił, o pisaniu książek, że pisarz nie może się żywić czytelnictwem, bo zje swój ogon. Musi czymś żyć lub na czymś się znać. W każdym razie pisanie jest chyba lepszym zajęciem niż czytanie. Chyba, że zostaniesz drugim Murakamim, to lepiej czytaj. Kogo chcesz posłuchać? Żeglarza, kubańskiego bębniarza czy czytelnika?
  8. Szkoda lasów.

 

Edukacja

            Teraz trochę szerszej perspektywy. W trakcie całego procesu instytucjonalnej edukacji, wpaja nam się rzeczy, które trzeba raczej wyrzucić z głowy i zapomnieć. Fizyka: dzieciom mówi się, że świat to mechanizm opisany przez Newtona. Jak dochodzi się do Einsteina, to już brakuje czasu, by powiedzieć, że wizja świata Newtona nie odpowiada rzeczywistości, bo czas i przestrzeń związana jest z grawitacją. Dlaczego nie powiedzieć dziecku tego od razu? Jak uczy się muzyki, to okres od  Mozarta do, powiedzmy, Brucknera jest modelowy i stanowi największe osiągnięcie ludzkości, a muzyka rozrywkowa jeszcze powtarza te schematy. Przecież to nieprawda, ale kto odkryje, że jest coś oprócz durów i moli? Że istnieje też gamelan, ćwierćtony, wyrafinowane muzyki tradycyjne i skomplikowana polirytmia?  A nauka o literaturze? Lepiej tego nie ruszać nawet.

 

Piekło szkoleń

          I już ostatnia sprawa. Jeśli chcę się „rozwijać,” to muszę zaliczać kolejne poziomy kursów i tutoriali. Zdobywać wtajemniczenia. Siedzieć na nudnych warsztatach, bo teraz „tak się coś robi”. Wiele lat temu, już po kolejnym levelu jakiegoś tam kursu, stwierdziłem, że już nigdy tego nie zrobię. Taka to strata czasu. Co nie znaczy, że nie posłucham kogoś, do kogo mam zaufanie i nie będę się od niego uczył. Wręcz przeciwnie. Jeśli jednak czuję, że mam jakieś zrozumienie tematu, to chcę temu mojemu doświadczeniu zaufać i działać jak rzemieślnik, a nie porzucać tego w pogoni za nowinką. Rozwój, rozwój. Co to jest ten rozwój? Chcę mieć kilka dobrych narzędzi, które przetrwają dłuższy czas, a nie pełno kolorowych, z krótką gwarancją. Ale jestem gotowy stare narzędzie porzucić, jeśli się zużyje.

 

Podsumowanie

         Miałem ostatnio sen. Był to koszmar. Złamali mnie i zmusili do edukacji, w ramach obowiązkowego szkolenia. Na auli pachniało (nie-pachniało) kawą zaparzoną z zamiecin podłogi hurtowni w Sao Paulo. I zmuszono mnie do oglądania jakiejś prezentacji. Na końcu zostałem zachęcony do dyskusji. Dali mi do czytania jakieś najnowsze książki. Podpisałem listę obecności. Na szczęście po przebudzeniu, siadając gwałtownie na łóżku, zdałem sobie sprawę, że wiedza przekazana na szkoleniu uległa rozproszeniu.

 

Tekst: Leszek Naziemiec

 

 

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o