Odyseja to projekt pływacki. Razem z Łukaszem Tkaczem płyniemy Wisłą z Goczałkowic do Bałtyku. Chcemy krzewić kulturę pływacką i walczymy o dziką, czystą rzekę. Walkę tę wygramy.

 

 9.02.2020 Włocławek, 4km, woda 3 stopnie.

            W listopadzie zakończyliśmy boje z Zalewem Włocławskim. Jest on trudny  pływacko, ponieważ często wieje tam zachodni wiatr, generujący falę w twarz. W końcu jednak dopłynęliśmy do przystani we Włocławku, skąd wyruszyliśmy na etap zimowy. Nie chciałem w dalszą drogę ruszać bez asekuracji, ponieważ kolejny odcinek owiany jest czarną legendą. Znajdują się tam rafy i bystrza, na których rozbił się niejeden flisak. Najgorszą sławę mają okolice  Bógpomóż. Wraki zalegają tam od  czasów najdawniejszych, ale oprócz nich straszą też szczątki całkiem dużych statków z czasów wojny z bolszewikami i może też z 1939 roku. Wcale ten rejon nie jest przebadany. Całkiem niedawno, na rafie, rozbiła się  replika łodzi wikingów zmierzająca na festiwal Wisły w Toruniu. Podzwoniłem trochę i zgodził się nas asekurować na swojej pychówce Sławek Gradowski, razem z moim kolegą Piotrem Sadurskim, który gdzieś w okolicy  pływał też wcześniej na swoim drewnianym „Bocianie”. Jest to łódka, która zakończyła już swoją służbę, ale przykładowo zdołała kiedyś dzielnie przejść przez nieudolnie wykonane spiętrzenie wody, w okolicach Kozienic. Do rzeki powbijane są tam metalowe szyny, chyba w celu zabijania przepływających kajakarzy.  Przyjechał też twórca dokumentu o pływaniu, Tomek Woźniczka i Tadek Chudy, żeby nakręcić trochę tego pływania.  Pomimo, że zima była nietęga, to jednak woda miała 3 stopnie, a brzeg był zamarznięty. Chodziło o to, żeby odbył się jakiś etap zimowy, a nie o przepłyniętą odległość. Żeby się po prostu zanurzyć w Wiśle. Zrobiliśmy dwa postoje na ogrzanie. Sadur zrobił szybkie ogniska, które może nas jakoś mocno nie rozgrzały, ale sprawiły wielką radość. Wszystko w jednej chwili odzyskało właściwe proporcje – ciepło to szczęście, rzeka to poezja. Krótka rozmowa z przyjaciółmi i ptaki wypatrujące korzyści, to spełnienie obietnicy. Samo pływanie w takiej, zresztą bardzo przejrzystej wodzie, było lekko adrenalinowe, bo ciągle zmienialismy kierunki, by nie wpaść na głazy. Ostre oślepiające słońce, para wodna i błękit nieba, odrealniły całą sytuację, utrwalając etap w mojej pamięci. Po przeprawie mieliśmy jeszcze czas na obiad w restauracji na przystani.  A co tama? Tama powoduje, że brzeg poniżej eroduje i rzeka wcina się coraz niżej, gdyż naturalnie niesiony materiał zatrzymywany jest na sztucznej przegrodzie. To znowu powoduje, mówią hydrolodzy, że wody gruntowe opadają poniżej spiętrzenia do wysokości lustra wody.  Zbiornik niezbyt magazynuje wodę, bo ciepłe lata, powodują, że odbywa się intensywne parowanie, za to jezioro stało się osadnikiem, kumulującym zanieczyszczenia od początku ery przemysłowej w Polsce. Żeby być uczciwym: „Morze Płockie” ma swój urok, wschody słońca w Dobrzyniu są po prostu piękne nad wodą. Nie jest też tak brudno, jak myślałem. Można spokojnie pływać. Po prostu era przemysłowa jest już za nami. Co mówią mieszkańcy? „No pewnie lepiej by było, gdyby go nie było. Ale jest. Zżyliśmy się. Gniazduje coraz więcej ptaków, widać bieliki. Brzegi dziczeją. To już nasz zalew”- słyszę takie podejście. Rozebrać tamę? Może, ale co, jak ruszą zanieczyszczenia z dna? To może dobudować druga tamę w Siarzewie? To chyba najgorsza opcja. Znam już piękne, dzikie odcinki poniżej, to będzie dewastacja. Plan jest oczywiście wielki: system progów spiętrzających, który stworzy drogę wodną E 40 z Bałtyku do Morza Czarnego. Inspiracją jest chyba działalność Waregów i Szwedów, kontrolujących w dawnych czasach handel na tej linii i wizja dużych zysków. Wszystko jednak chyba niewykonalne ze względu na wysychanie kraju. I nieudolność. Na szczęście.

 

 2-3.05.2020 Włocławek koło oczyszczalni – Nieszawa.

               Przepłynęliśmy tylko 20 km, bo było nam dość chłodno. Woda miała poniżej 13 stopni. Pomimo uchodzenia oczyszczonych ścieków do rzeki, w miejscu startu, woda była całkiem znośna. Z każdym kilometrem jakość się poprawiała. W końcu mieliśmy minąć słynne wraki w okolicach Bógpomóż  i Bobrownikach. Pomogło nam to,  że woda była raczej niska i widzieliśmy zagrożenia. Bógpomóż trzeba było minąć wąskim i szybkim bystrzem, obok wyspy, po prawej stronie. Boja nawigacyjna była tak ustawiona, że można mieć trudność ze zmieszczeniem się  tam pychówką, w wyznaczonym torze. Sama wyspa jest też ciekawa – ma stromy brzeg, jest na niej sporo piasku i jest świetnym punktem widokowym ( także noclegowym). Uderzyła w nas tam ulewa. Na kajaku asekurował nas Mariusz, wioząc także moją najmłodszą córkę. Kasia ma szczególnie dużo frajdy, gdy kajak zatrzymuje się obok piaszczystej łachy. Moja córka to pływaczka i zwykle wpław pokonuje w Wiśle jakiś niedługi odcinek, przy okazji kolejnych etapów wyprawy. Po krótkim odpoczynku minęliśmy malowniczy, skorodowany wrak statku, leżący w poprzek rzeki. W przypadku wyższej wody, moglibyśmy na niego wpaść i ostre metalowe krawędzie mogłyby nam otworzyć brzuchy. Tym razem po prostu mogliśmy zajrzeć przez bulaje do wnętrza Nautyliusa. Wrak znajduje się około 400 m przed  ruinami zamku w Bobrownikach. Nie uważam, że trzeba je wyciągać, można by je tylko lepiej oznaczyć. Noc z ogniskiem oczywiście spędziliśmy na brzegu. Podpłynęło do nas duże ( sto sztuk) stado łabędzi. Mariusz pobiegł brzegiem, w kroksach, 11 km po auto, a rano wyruszyliśmy do Nieszawy już bez asekuracji. Na końcu etapu zasmuciła nas tylko rura ze ściekami, wprowadzona do rzeki blisko przeprawy promowej. „Taka nasza naturalna oczyszczalnia”- pouczył nas przechodzień, zainteresowany naszą rzeczną aktywnością.

 

24-25.05 Nieszawa – Ciechocinek –Toruń 32 km, temp. wody 14-15 stopni.

             Przyjechaliśmy do Nieszawy dwoma autami na 13 godzinę. Prom, z bocznym, kołowym napędem, nie działał ze względu na zarazę.  Duży sum się rzucił się na dzień dobry. Koło 14 weszliśmy do wody. Łukasz Kamiński, który asekurował nas z Mariuszem, zapakował cały bagaż na biwak, który zaplanowaliśmy koło Ciechocinka, do swojego kajaka. Co nie weszło tam, to weszło do pontonu ciągniętego jako przyczepa. Mariusz zabrał na drugi kajak dwójkę moich dzieci. Niech się uczą dzikiego życia. Niech operują kijem i nożem. Co lepszego mogą robić małe dziewczynki? Po południu chcieliśmy popłynąć około 10km , posiedzieć na ładnych łachach i znaleźć ciekawe miejsce na nocleg. Na biwak znaleźliśmy małą plażę za Ciechocinkiem. Plaże tutaj zmieniły charakter. Są piaszczyste, półokrągłe i otoczone gęstymi drzewami i krzakami.  Być może było to najpiękniejsze miejsce na nocleg. Przypominało egzotyczne zatoczki ze starych filmów. Bunt na Bounty. Trochę padał deszcz, ale nie przeszkodziło to rozpalić ogniska. Deszcz ustał i dzieci zaczęły smażyć co się da. Kiełbasy, pianki i kartofle. Ja unikam mięsa, podstawą mojej diety stały się z czasem suszone pomidory w oleju z kawałkiem chleba. Nie wiem, co na to dietetycy, ale w wodzie można wypróbować więcej produktów w porównaniu np. z bieganiem maratonów. Z wiadomych względów.  Krążyła nad nami chmara  nietoperzy tym razem. Polowały na pojedyncze komary, które zaczęły się właśnie pojawiać. Prognoza na następny dzień była zła. Jednak rano wyszło mocne słońce i wiało jak diabli w twarz.  Odwiedził nas fotoreporter Jacek Smarz.  Był w moim wieku i fajnie było pogadać o trapiących nas kontuzjach, podczas gdy nasi rówieśnicy walczą z chorobą niedokrewną i prostatą młodzieńczą.  Wystartowaliśmy z Łukaszem szybciej, myśląc , że kajaki nas dogonią. Jednak wiatr był taki i fala taka była , że dogonili nas dopiero po ponad dwóch godzinach. Już myślałem, że zdarzył się jakiś wypadek. Rzeka pusta. Widzieliśmy jedną łódkę. Odpoczęliśmy na półkolistej pięknej plaży i ruszyliśmy dalej. Wiatr był tak mocny, że kajaki poruszały się z trudem. Przed samym Toruniem spadła na nas chmura gradowa i deszcz. Jednak trochę się w końcu wypogodziło i dotarliśmy do mariny na końcu Nabrzeża Filadelfijskiego w Toruniu. Tam czekały na nas media i gospodarze miasta. Dostaliśmy pierniki! Może coś powinienem napisać o samym wysiłku. Zmęczenie jest, rzeką się nie spływa, trzeba aktywnie walczyć. Swoje robi chłód i ciągłe napięcie uwagi. Ale warto.

 

29.05 Toruń – Solec Kujawski, 28 km na starcie 15,2 , na mecie 17 stopni.

         Zrobiliśmy tzw. szybki szpil. Mariusz zabrał córkę Kingę i rzucił nas do Torunia. O 9 weszliśmy do wody i płynęliśmy 6,5 godziny. Liczyliśmy na szybszy prąd, ale nic z tego. Musieliśmy mijać łachy i mielizny. Mariusz wypatrywał nas z brzegu w dwu miejscach i robił nam kawę. To nas mobilizowało. Ta wizja luksusu z kuchenki gazowej. Na postoju przyszli do nas kompletnie pijani wędkarze i pouczyli, co robić, gdy napotkamy wir: zanurkować i odbić się od dna. Nie chciało nam się już tłumaczyć, że tego nie można robić, bo się straci orientację i uderzy o coś jeszcze. Że wiry nie wciągają na Wiśle – są za słabe. Jeden wędkarz dodał, że niedawno utopił się jego kolega, bo nie zrobił tego, co mówi. W oddali dwóch następnych wędkarzy szalało na motorówce, ale może byli trzeźwi. Z drugiej strony, co z tego, jeśli na 90 % nie umieli pływać? W dalszej drodze zobaczyliśmy barki przypięte na środku rzeki i największą do tej pory kopalnię piasku. Czy Wisła może w nieskończoność dostarczać piasku? Skończyliśmy na betonowym nabrzeżu, na wysokości Solca, ale po drugiej stronie. Depopulacja. Na Wiśle nie ma ludzi. Całe dnie można płynąć i nikogo nie zobaczyć. Tutaj, czy na południu. Depopulacja występuje też na Mazowszu. Płyniesz i nic. Nikogo. Zero domów. Czasem krowy na wyspie. Warszawa wydrenowała. Z jednej strony, właśnie tego szukałem, ale z drugiej strony, jeśli nie będzie flisaków, turystów, wędkarzy, to rzeka straci oczy i władza, obojętnie która, może rzece robić krzywdę, w imię pieniądza. W imię rozwoju.

 

7.06.2020 Solec Kujawski – Fordon – Borówno,  temp. 17,2,  31,5 km.

            Jedziemy znowu  na szybki szpil, czyli powrót tego samego dnia na Śląsk. Ogarnia wszystko złoty Mariusz. Wyjazd 4 rano, do wody o 9. Wiezie nas i zapewnia logistykę z brzegu. Woda po ostatnich ulewach urosła o 1,5 metra. Jest szybsza i zdarzają się zawirowania. W Fordonie, koło godziny 11 ma na nas czekać Hanna Rzadkorz- Florkowska i może więcej ludzi. Mamy więc motywację, by płynąć. Jest wizja drugiego śniadania. Po drodze widzimy ujście Brdy i stare silosy. Rzeczywiście, wychodzimy na brzeg przy żwirowni – a tam barki i zardzewiałe statki, jest bardzo malowniczo.  Siadamy, jak prawdziwi orientalni władcy, na krzesłach, pod znakiem zakazu pływania. Są ludzie kochający rzekę i swoje miasto – Fordon, obecnie będące, przejściowo, dzielnicą Bydgoszczy. Bydgoszcz ciąży ku Brdzie. Fordon ku Wiśle. Jest kawa, śniadanie, ale przede wszystkim rozmowy. Będzie to dla nas, od teraz, jedno z najważniejszych wydarzeń Odysei. Po prawej stronie, w dalszej drodze doświadczamy burzliwego przebiegu rzeki.  Hania, potem mi powiedziała, że Sebastian Klonowic, który spływał tędy kilka wieków temu, nazywał te miejsca wrotami diabła. Wertuję „Flis” Klonowica – rzeczywiście, tańcują tu biesy. Podsumujmy szybko zagrożenia: Lubelszczyzna: sumy ludojady, Płock – diabełkoń, kto go spatrzy ten umiera, acha jeszcze Warszawa – syrenka to naprawdę złowrogi pogański demon. Spytajcie specjalistów! Potem ruchome, wciągające piaski ( trochę wciągają ), teraz biesy, a na końcu podobno groźne węgorze. Uff! Zobaczymy! Rzeczywiście było trochę stresu i ciężko było się przebić koło główek/ostróg na brzeg. Tutaj główki są w lepszym stanie. Wiadomo – Prusy, ale znakowanie trasy jest dla nas nieczytelne.  Na końcu trasy czeka Krzysztof Nowicki, dziennikarz. Dziękujemy za zrobione materiały i dobre słowo. Dziękujemy też Markowi Weckwerthowi, za artykuły w prasie. Gonił nas na rzece, ale nie udało się niestety spotkać.

 

12.06.2020 Borówno – Grudziądz, 18 stopni woda. 40 km.

        Pojechaliśmy rodzinnie w czwartek rano, w Boże Ciało. Zwiedziliśmy Chełmno, które jest tego warte. Wspaniała lokalizacja na wzgórzu, mury obronne, zachowany starodawny podział uliczek. Następnie cofnęliśmy się na miejsce startu i hura do wody, na wysokości Borówna, ale po drugiej stronie rzeki. Wieczorem przepłynęliśmy 6 i pół kilometra do wioski Kosowo, bez obstawy. Tam czekał na nas Mariusz , moja żona, dwójka dzieci: Kasia i Maja, dojechał też łukasz Kamiński i Adam Antoniuk. Obaj uczestniczyli akurat w rajdzie starych samochodów, który kończył się w Mielnie, ale postanowili nam po drodze pomóc.  Rozbiliśmy się nad rzeką przy polnej drodze, uczęszczanej tylko przez wędkarzy. Łukasz Kamiński zrobił szybko ognisko i ugotował obiad. Takie ma zwyczaje. Rano wystartowaliśmy o 8, na kajaku był właśnie Łukasz z Mariuszem, a Anton rzucił moją rodzinę do Grudziądza, gdzie przejęli ich z kolei nasi znajomi. Woda w rzece opadała, odsłaniając piaszczyste łachy. Po dwóch godzinach przepłynęliśmy 11km, by wylądować w Świeciu. Z łachy widzieliśmy wieże miasta. W naszym miejscu postojowym cumowała także barka. Drugi odcinek płynęliśmy 2 godziny i 15 minut. Rzeka zwolniła i przepłynęliśmy tylko 10 km. Ostatni odcinek, do Grudziądza postanowiliśmy podzielić tak, by zatrzymać się na chwilę za mostem autostradowym. Tak zrobiliśmy. Zostało nam do centrum miasta tylko 5,5 km.  Jeszcze po prawej stronie stała barka i zobaczyliśmy małą żwirownię. Prąd tak zakręcił, ze trzeba było popłynąć pomiędzy barką, a żwirownią, co jest niebezpieczne, bo czasem biegnie tam jakaś rura. Krzyknąłem do wędkarza na brzegu: rura jest? Tym razem rury nie było. Przy moście w mieście dołączył do nas lokalny pływak i mors – Łukasz Piechna.   Razem przepłynęliśmy około kilometra do nabrzeża ze spichlerzami. Łukasz Mówił, że nikt nie pływa w rzece, a niedawno nawet ktoś dostał mandat – 500 zł, bo wszedł do wody. Czemu mnie to nie dziwi?  Łukasz pracuje w Szwecji, tylko na weekendy wraca do Polski. Ma w planie pływać w największym szwedzkim jeziorze Wener, które ma 150 km długości. Może to też pomysł na pływacką wyprawę? Wyszliśmy z wody, ochędożyliśmy się i wsiadłem w auto by pojechać do Kwidzyna, gdzie u znajomych czekała już moja rodzina. Łukasz Tkacz z Mariuszem Lebiodą wrócili na Śląsk, a drugi Łukasz z Antonem pojechali nad morze.

 

Tekst: Leszek Naziemiec

Zdjęcia: Tomasz Czachorowski. Dobry-kadr.pl

 

 

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o