Odyseja Wiślana. Grudziądz – Korzeniewo 21.06.2020. 33km.  Woda 22 stopnie.

Dziennik wyprawy i retrospekcje.

Odyseja to projekt przeprawy przez całą Wisłę wpław, etapami. Pływamy tylko w kąpielówkach i czepkach.  Na poszczególnych etapach dołączają do nas pływaczki i pływacy.  Oprócz celu sportowego, pragniemy promować naukę pływania i walczymy o dziką, czystą rzekę. Utopia? Być może! Spotykając się jednak po drodze z dziesiątkami Ludzi Rzeki, wierzymy, że nie jesteśmy bezsilni.

             Znowu wyruszyliśmy na szybki szpil. Wchodzimy do auta o czwartej rano i złoty Mariusz Lebioda z córką, wiozą nas do Grudziądza pod spichlerze, gdzie ostatnio skończyliśmy. My mamy czas, żeby dospać trochę na tylnych siedzeniach. Wczoraj na miejsce dotarł już inny pływak: Marek Grzywa, ze swoją obstawą: Olą Lisek i Zdzichem Domirskim.  Aleśmy się nażarli wieczorem, w tym Grudziądzu –mówią. Na miejsce dotarł też z Płocka Tomasz Malowaniec z synem Kamilem. Tomek pomaga nam logistycznie od Krowich Wysp za Wyszogrodem.  Trochę karmi, trochę wybiera noclegi i obstawia na kajaku. Czujemy się komfortowo, bo ktoś o nas dba. Przed Płockiem jest kilka wysp, które są ptasimi rezerwatami, ale najbardziej utkwiły mi w pamięci te, gdzie stado krów pasło się bez nadzoru, a byk nie pozwalał nam tam dopłynąć i odpocząć na piasku. Pewnie zwierzęta marnie skończą, ale życie mają przynajmniej lepsze, niż wiele krów przebywających w niewoli u ludzi. Pamiętam, jak Tomek mówi po „krowim etapie”:  no to teraz napijcie się Krwawej Mary – to was postawi na nogi! Przynosi nam też obiad prosto do rzeki.

           No ale jedziemy, jedziemy i już dojechaliśmy na miejsce startu.  Trzech pływaków i trzy kajaki. Na bogato.  Staramy się szybko wskoczyć do wody, bo policja sadzi mandaty, ale jest na szczęście niedziela 9 rano. Towarzyszy nam tylko w oddali na nabrzeżu kilku meneli. Fenomen nabrzeża polega na tym, że prąd rzeki wygląda na duży, bo woda przy płaskim betonie się rozpędza. Zaraz, jak tylko beton się kończy, prąd się zmniejsza.  Wskoczyliśmy do wody z Łukaszem, Marek zaczął płynąć trochę później. Siku i gnamy do przodu. Rzeka się tutaj szeroko rozlewa, jest głęboka na 2,5 metra, czasem na 3 metry, przynajmniej w miejscach, gdzie płyniemy. Najciekawszą sprawą dla nas są tutaj wzgórza. Największe jest właściwie zaraz za miastem, po prawej stronie. Przed Grudziądzem było jedno niezłe wzniesienie po lewej stronie. Porównywalne, wysokie i piękne, były hen na południu: Mięćmierz przed Kazimierzem Dolnym i Tyniec przed Krakowem.  Ale płyniemy, płyniemy. Marka nie ma, kajaków nie ma, jest więc spokój i medytacyjo. Jest też wiatr w twarz, ale nie ma zawirowań. Są siekane fale w nos. Czasami naprawdę nas nękają, ale już to lubimy. Niedługo koniec całej wyprawy, więc smakujemy, smakujemy. Lądujemy na przerwę po ponad dwóch godzinach, na betonowej główce. Ja standardowo: suszone pomidory w oleju, bułeczka i sok  pomarańczowy. Łukasz też przyjmuje jakąś emulsję na bazie oleju. Co ile zmieniasz olej? Co dwie godziny. A ja znam kolesia, co zmienia co dwa lata. A czym jeździ? Niczym, ma smażalnię w Łebie. Płyniemy dalej, słońce świeci.   Marek chyba gdzieś z tyłu. Gdzie są foki? Doczytałem (opracowanie Damiana Rączki z Fordonu), że od początku lat dziewięćdziesiątych, foki regularnie dopływają do Kwidzyna, czasem Grudziądza, a najdalej zauważono, te bliskie memu sercu zwierzęta, pod Włocławkiem.  Nie ma na razie fok. Oprócz ludzi-fok. Znowu dwie godziny za nami. Czas przyjąć oleum i kawę. Synek Tomka, musi się przekąpać trochę. Wskakuje z plaży do rzeki i porywa go cofka, ale kontrolujemy sytuację. Jest zabawa. Tomek – mówię – tę Fidel Płocką widziałeś, co to znaleźli? Taki stary instrument i go teraz wskrzeszają? Nie wiadomo co to było i skąd – mówi – jeden egzemplarz i to znaleziony w studni. Ale teraz ludzie zaczęli znowu na tym grać, bo sami sobie konstruują na wzór – ja mówię. No i git. Stare instrumenty są ciekawe, dla mnie ciekawa jest też stara technologia szkutnicza. Płynąc przez okolice Sandomierza do Kazimierza, tyle się nasłuchałem o płaskodennych pychówkach, czyli łódkach z desek poruszanych długim wiosłem na „pych,” że w Basonii, szkutnik Mateusz Tabaka już kończy mi budować taką. 8,5 metra, sosna i blaty dębowe. Silnik będzie chyba 10 koni, do tej pychówki, ale mało go będę używał. Jak tylko skończymy z odyseją, przesiadam się na pychówkę i będę dalej śnił mój wiślany sen. Mam zamiar zająć się rozbojem. Co najmniej będę kradł jabłka z sadów. Grabił i poniżał głównie możnych. Rozdawał biednym. Z rodziną na pokładzie. A spać będziemy na łachach i palić ogniska, jak zwykle.. Takie cuda można było spotkać u nas na wodzie już w 10 wieku. W Basonii szkutnicy pracują od czternastego wieku. Ale teraz płyniemy dalej. Widać ruiny mostu w oddali. Opalenie, miejscowość się nazywa. Most ponoć niepotrzebny, wiec rozebrali. Stal potrzebna gdzie indziej. Muszę zrobić wideo płynąc. Taki pomysł. Idzie dobrze, lecz gdy chowam do worka kamerę, woda zalewa telefon. Straty muszą być… Zawsze takie miejsce trochę niepokoi, bo może jaki pręt stalowy gdzieś w rzece został? Za mostem widać już w oddali nabrzeże w  Korzeniewie. Jest tam stary zielony kościółek i port ze złożonym mostem pontonowym. Chyba był tu stary posterunek graniczny. Dopływamy ostatni odcinek przez naprawdę wzburzone wody. To dobrze, bo specjalnie dla widzów z nabrzeża możemy odgrywać rzecznych herosów. A tam grupa motocyklistów podziwia rzekę.  A tam na nabrzeżu czekają na nas Asia i Paweł, przyjaciele z Kwidzyna. A tam komunia się odbywała, więc mamy pyszny obiad, kawę i ciasto. Marek skończył kilka kilometrów wcześniej, więc wszystko dla nas. Wracamy autem szybko, zabieramy też Marka po drodze i już o pierwszej w nocy jesteśmy znów na Śląsku. 5 godzin w jedna stronę, 6 godzin 40 minut pływania, nie licząc karmienia i 5 godzin z powrotem. W drodze powrotnej przypomniała mi się historia z okolic Annopola. Płyniemy z Łukaszem bez obstawy i jest bardzo pusto. Wielka ulewa, że aż ciemno. Chcemy  sprawdzić gdzie jesteśmy, która godzina i trochę się ogarnąć. Widzę gdzieś na brzegu jakiegoś wędkarza. Chyba ma prowizoryczne zadaszenie. Krauluję w jego kierunku i Łukasz też. Był wtedy, ten Łukasz, bardzo szczupły, też pamiętam, bo teraz przybrał znowu. Gdy dopływamy, sylwetka się nagle podrywa i znika. Na brzegu jakieś buty, wędki na ścieżce rozrzucone, człowieka niet. Tak się chłop zesrał, bo wodne duchy przyszły po niego. A my nie wiemy gdzie jesteśmy i co dalej. Walimy więc z powrotem do wody, bo cieplej. Płyniemy, płyniemy, a tu burza i grzmoty idą. Jak się ma zanurzoną głowę to pojedynczych błysków i huków można nie zauważyć. Jest też tak, że front się często zatrzymuje przed rzeką. Mamy taki styl, że wtedy płyniemy dalej, tylko ostrożnie.  Nie po to tyle podróżowaliśmy, by byle trzask nas wygnał z powrotem. Ale tym razem wali konkretnie. Chcemy się wycofać. Płyniemy do brzegu, ale się nie da wyjść, bo jest tak stromo. Taki wąwóz. Brodzimy więc cały kilometr i podpływamy, z  głowę niziutko, nad wodą lub nurkując. Pod wodą zyskuję poczucie bezpieczeństwa. Może teraz  nas nie trafi? Wokół są drzewa na brzegu, to może tam strzeli. A pada tak, że nie widzę Łukasza z dwóch metrów. Spoglądamy na siebie i w śmiech. W końcu dopływamy w burzy do mostu i chowamy się pod nim. Wyciągamy folie termiczne z bojek i robi się błogo.

 

 

Tekst: Leszek Naziemiec

Zdjęcia: Tomasz Malowaniec / Leszek Naziemiec

 

1
Dodaj komentarz

1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Zdzisław

płynęliśmy z nurtem Wisły. Co z tego, jak wiatr od północy wiał i wiosłowanie ponad 25 km ciągle pod wiatr dawało nieźle popalić. Jednak jest determinacja i liczy się przygoda życia. Wisła płynie od milionów lat, ale pierwszy raz w jej historii Leszek, Łukasz i Marek, przepływają ją w samych kąpielówkach. Nikt tego jeszcze dotąd nie zrobił. Trzeci rok trwa ODYSEJA WIŚLANA i w sierpniu prezesi planują ją zakończyć w zatoce Gdańskiej. Nasza ekipa to głównie pływacy lodowi z klubu sportowego SILESIA WINTER SWIMMING z Katowic. Łukasz -prezes, Leszek -wiceprezes, Marek -skarbnik. Nieprzypadkowo Oni dają radę płynąć tyle kilometrów. Pływają… Czytaj więcej »