Odyseja Wiślana. Dziennik.

Latków – Góra Kalwaria – Warszawa, Most Marii Skłodowskiej- Curie, 15-16.06.2019

        Wisła to niekwestionowana królowa. Wychwala się jej majestat w pieśniach, na sztandarach nosi jej imię. A jednak, zarówno możnowładcy, jak i pospólstwo, mniej lub bardziej jawnie, przeciwko niej knują.  Otruć ją chcą i zdobyć majątek kosztem skarbca królewskiego.  Zdesperowana, w przypływie gniewu, pozbawia dobytku, tych którzy ją znieważają. Czasem skazuje na śmierć. My, skromni poddani, uczniowie rzeki, płyniemy przez całą Polskę z czystymi intencjami. We dwóch:  Łukasz i ja, choć czasem dołącza ktoś i jest nas więcej. Pragniemy  wzmocnienia jej władzy, a ukrócenia samowoli magnatów. Prosty lud, z kolei, namawiamy do nauki starodawnej sztuki poruszana się w wodzie, która może uratować skórę, gdy piękna pani będzie w złym humorze. 

               Jak mam być wyspany, kiedy trzeba wstawać o trzeciej nad ranem i jechać na kolejny etap wyprawy? Cały projekt kojarzy mi się z tym wczesnym wstawaniem. Ale inaczej się nie da. Czasu nie za wiele w życiu, a tyle zadań.  Wyjechaliśmy rano o 3:30 autem z Katowic na Mazowsze, do Latkowa. Tylko we dwóch. Czekało nas długie pływanie.  Plan był taki:  Musimy przepłynąć jak najwięcej pierwszego dnia. Najlepiej około 50 km do Gassów, by następnego dnia dotrzeć do Warszawy przed południem i zatrzymać się na Cyplu Czerniakowskim w klubie Miami Wars. Tam zaplanowaliśmy pogaduchy z przyjaciółmi i ludźmi ciekawymi naszego projektu. Przeprawa przez samo miasto została wsparta przez Miasto Warszawę i Dzielnicę Wisła. Ważne było, żeby nam wszystko w sobotę wyszło i żebyśmy zdążyli. Sporo ludzi czekało na nas w stolicy.  Zakończenie etapu zaplanowaliśmy za ostatnim mostem w Warszawie. W sumie, niecałe 80 km, w dwa dni. Auto zostawiliśmy w Latkowie w gospodarstwie, blisko przeprawy promowej. Ale jak je odzyskamy wieczorem w Gassach? Nie wiadomo. Dzień się zapowiadał upalny. Zapakowaliśmy prowiant do bojek i hop do rzeki. Woda miała 20-21 stopni, stan rzeki był średni. Istnieje zawsze kwestia: gdzie jest silniejszy nurt i jak go szukać? Kiedy woda jest wysoka – nurt jest wszędzie, kiedy jest niska lub średnia, to zależy, czy rzeka jest uregulowana, czy dzika. Uregulowana, prosta rzeka, płynie najszybciej po środku ( z grubsza rzecz biorąc ), dzika rzeka, raz płynie mocniej po jednej stronie, to znów rzuca się na drugą stronę koryta. Dzika rzeka płynie wolniej niż regulowana. Na interesującym nas odcinku, Wisłę próbowano regulować ostrogami, czyli główkami. Są to usypywane co jakiś czas, prostopadle do brzegu, kilkudziesięciometrowe wały z kamieni. Czasem są to konstrukcje betonowe. Ostrogi miały za zadanie stwarzać w miarę równy nurt w torze, po którym poruszały się łodzie.  Nie wiem, jak to funkcjonowało w praktyce, bo teraz wygląda to tak, że mamy jakieś resztki główek, niektórych już nie ma wcale. Czasem są wydłużane i umacniane przez wędkarzy.  Łapią sobie tam ryby. Czasem największy nurt wali właśnie w opaski i robi się kocioł. O mało, podczas pływania, nie wpadłem na resztki żelbetonowe, po lewej stronie. Rzeka wyrwała w główce owalny otwór…    Czasami spotykaliśmy coś w rodzaju ostrogi regulującej, usypanej wzdłuż koryta rzeki na środku lub bliżej jednego z brzegów. Rzeka cały żyje, zmienia nieco koryto, porusza się.  Jeśli główki nie są stale remontowane, tak jak to robią np. Niemcy na Odrze, to nie spełniają swojej funkcji, tylko stwarzają miejsca burzliwego przepływu z wirami i cofkami. Z mojej perspektywy, oczywiście ostrogi są zbędne. Płaskodenne łodzie radziły sobie i radzą na dzikiej meandrującej i rozlewającej się rzece. Czy to na dopływach Amazonki, czy na Wiśle. Inne, większe jednostki pływające, raczej sobie nie poradzą, stąd miłośnicy żeglugi śródlądowej, są zwolennikami remontowania główek. Nawet jeśli są przeciwnikami dużych regulacji i transportu wielkogabarytowego, to chcą utrzymywania szlaków dla białej floty. Oczywiście rozumiem sytuację wielkich miast. Rzeki są tam mocno regulowane i trudno jest coś zmienić, bo nie ma tam miejsca na swobodne wylewy aluwialne. Warto jednak pomyśleć o tym, by nie betonować kolejnych nabrzeży. W Warszawie np. mimo wszystko jest możliwa pewna równowaga. Prawy brzeg nie jest regulowany na całej długości, istnieją ładne plaże i trzcinowiska.

            Płyniemy sobie  równo przed siebie. Główek unikamy. Upał daje nam się we znaki. Właściwie nie wchodzimy na piaszczyste łachy, bo wtedy pali nas totalnie. Żeby coś zjeść, podpływam do wyspy i raczej leżę pod wodą na płyciźnie, na piasku i coś jem. Piach na wyspach parzy stopy. Chcemy zatrzymać się na chwilę w Górze Kalwarii. Tam ma czekać na nas Mariusz Cholewski. Zawsze miło, jak do kogoś płyniemy, ale trzeba pilnować mocno czasu. Mariusz jest człowiekiem rzeki. Szaleje na wodzie swoją łodzią, na lądzie robi przeróbki w autach, tak, że wyglądają jakoś inaczej. Dopływamy powoli do Góry Kalwarii i widzimy mocno wdzierającą się w rzekę ostrogę betonową po lewej stronie. Miejscowi nazywają to tamą. Niedaleko za tamą znajduje się most i za mostem żwirownia.  Prąd tutaj przed potężną ostrogą robi się większy. Zaczynamy sprintować, by wylądować zaraz za budowlą.  Jest tam plaża, którą wskazał nam do tego celu Mariusz. Okazuje się, że powstaje tutaj system wirów i cofek, z których trudno się uwolnić. Kreci nami. Beton naprawdę daleko sięga w rzekę. Dodatkowo widać wystające głazy, o które można się poobijać. Trzeba dokładnie patrzeć i zatrzymać  na czymś wzrok, by płynąc w dobrą stronę. Dla ratowników, pływaków, takie miejsca mogą służyć do nabierania doświadczenia pływackiego na wodach otwartych ( raczej z asekuracją). Jeśli ktoś słabiej pływa, a woda będzie średnia lub wyższa, to pomimo, że tutaj nic nie wciąga, może spanikować i stracić orientację. Może też się zamęczyć, próbując szybko uciec z tej karuzeli. Jest to, wg mnie, jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc do kąpieli na całej rzece. Znam też historię jednego utonięcia w tym miejscu i wiem, że było ich więcej. Betonowa konstrukcja jest wykorzystywana do opalania się i rekreacji. Czy trzeba wstawić tam dookoła znaki zakazu pływania? Nie. Najlepiej chyba zburzyć, lub skrócić ten beton. Na pewno dać tablicę ostrzegającą, co tutaj może się dziać i dlaczego. Moim zdaniem to lepiej działa, niż przekreślony pływak na znaku, bo tych jest wszędzie pełno i w dodatku  stoją bez sensu.  Idziemy po plaży w kierunku ujścia jakiejś wody do Wisły. Mariusz przez telefon powiedział nam, że musimy wejść do tego ujścia i przejść, może 300 metrów, przez taki zalany wąwóz. Nazywał to starym portem.  Powiedział też, że nie ma innej drogi i że dotrzemy do stacjonujących na końcu wody kamperowców, którzy nas powitają. Zaczęło się od brunatnej, stojącej wody, do której rzuciliśmy się kraulem, ale zaraz akwen zamienił się w  bagno do pasa. Plątanina korzeni, roślin wodnych i tony robactwa. Szedłem z obrzydzeniem i naprawdę nie miałem ochoty na takie przeczołganie. Cały czas w gotowości, by się położyć na powierzchni, gdyby mnie zaczęło wciągać. Każdy ruch nogą, uwalniał smród butwiejących resztek organicznych.  Mariusz, dlaczego nam to robisz? Wiem, że są biegi przeszkodowe i celowo planowane takie odcinki. Ale byliśmy już zmęczeni, a to była dzika przeprawa, a nie wcześniej sprawdzony odcinek jakiejś komercyjnej imprezy. Kiedy zostało kilkadziesiąt metrów do bazy, ludzie zaczęli nam klaskać i wołać po imieniu. Jeszcze ich nie widziałem, a już słyszałem wiwaty. Skóra mnie tak paliła od ukąszeń i drobnych zranień, że musiałem się mocno motywować do uśmiechu i zamachania ręką. Taki ogień na skórze czułem, że pomyślałem o ostrej papryce. Zjadłbym dla spójności odczuć na skórze i w trzewiach. Taka przygoda trapera. Ale było warto, bo od razu zrozumieliśmy, że trafiliśmy do ludzi wolnych. Własny kamper, przyczepa, prysznic polowy. Niezależne życie, na swoich zasadach. Sporo ludzi, którzy nie byli już do młodzieżą. A teraz wiem, że tę wolność i niezależność,  można zdobyć tylko długotrwałą pracą. Nie zarobkową. Chodzi o proces dojrzewania. Cenię ten styl. Ludzie dali nam wody, poczęstowano nas jedzeniem i spłukano z nas błoto. Jeszcze Mariusz zawiózł nas pokazać na rynku, bo akurat był festyn. Chłopaki prosto z rzeki, którzy wracają znowu zaraz do rzeki, mówią o co im chodzi. Bardzo ciekawy epizod. Dziękujemy za wszystko. Wskakujemy w końcu znowu do wody, a nasz opiekun, z kumplem, jedzie po  auto, zostawione na starcie i podrzuca je do Gassów. My płyniemy tam na nocleg, który chcemy sobie urządzić blisko przeprawy promowej. W wodzie jakoś to idzie, ale zaczyna mnie boleć głowa od słońca i myślę już o położeniu się do śpiwora w namiocie. Kolejne 10 km za nami i jesteśmy w Gassach. Prom już nie działa. Stawiamy namioty wprost na betonowym slipie i czeka nas tyko jeszcze pozowanie do zdjęć. Przyjeżdża fotoreporter tygodnika Przegląd. Będzie o nas artykuł. Ciekawe jest, że zainteresowane odyseją są raczej media lewicowe i liberalne. Mówimy o ekologii, nauce pływania, powrocie w jakimś stopniu do dzikości i to nie są tematy dla konserwatystów? Ruch ekologiczny przed wojną był raczej związany z prawicą. Dla mnie duże znaczenie ma tradycja – tradycyjny sposób życia, tradycyjne budowanie wspólnoty, umiejętności rzemieślnicze przekazywane z pokolenia na pokolenie. Mój przyjaciel, Jakub Kumoch, mówi, że konserwatywne media w Polsce nie są zainteresowane sportem i to jest przyczyna. Ja oczywiście nie mam wielkich ambicji medialnych, ale powstaje sporo materiałów o naszym pływaniu i po prostu to jest tylko takie spostrzeżenie. Natomiast uważam, że powstanie zielonego konserwatyzmu jest ważne, bo może prawica będzie rządzić długie lata. Szkoda mi ziemi i wody w Polsce.

      Idziemy spać, ale jak tu się wyspać, gdy całe ciało pali od słońca, wysiłku i ukąszeń. Cała wyprawa kojarzy mi się właśnie z takim spaniem – niespaniem.  W niedzielę, wcześnie rano, ruszamy na Warszawę. Nie chcemy przepływać jej na dziko, bo dużo tam się dzieje na wodzie. Dołączy do nas gdzieś przed miastem ekipa: Michał Starosolski, nasz doktór wyprawowy i ratownik, złoty Mariusz Lebioda, zawsze wielka pomoc i Zdzisiek Domirski – jak mówi, jest już stary, więc niczego się  nie boi. Rano banan, łyk wody i gonem do wody, bo o dziesiątej mają na nas czekać na Cyplu Czerniakowskim.  Ma dotrzeć mój kolega: Tomasz Madej, ma być telewizja Polsat, Infobarka, ludzie z projektu Dzielnica Wisła, przyjaciele z Warszawy. Trasa nam się nie dłuży – jest elektrownia Siekierki, więc trzeba trzymać się prawej strony, bo pewnie jest pobór wody, stoi kilka barek, służących do wydobywania żwiru, które trzeba mijać jakoś bezpiecznie. Ciągle jakieś atrakcje. Powstaje właśnie Most Południowy, już z daleka widzimy filary, a po wodzie się niesie wschodni zaśpiew budowniczych. Stajemy się czujni, bo chcemy płynąć między filarami, a wiemy, że żegluga jest już tutaj zamknięta. Naszej obstawy jeszcze nie ma, więc będzie trochę adrenalinowo, bo widać jak woda bystro śmiga pomiędzy  betonowymi słupami. Przepłynęliśmy to. Coś w rodzaju zjeżdżalni. Super i nic się nie stało. Doganiają nas kajakarze, więc zaczyna się komfortowe pływanie. Pływanko. To niesamowite, że rzeka tuż przed Warszawą jest taka dzika. Dwa światy: błękitno – zielony, czyli woda i nasza rodzima dżungla, a na horyzoncie coś diametralnie innego: wieżowce miasta. Dla mnie Warszawa to była terra incognita. Teraz może trochę ją już czuję. Jako Ślązak, mocno związany ze swoim regionem, częściej mi było po drodze do Pragi, w Berlinie też się czuję dobrze. A do Warszawy nawet szosy porządnej nie mamy ze Śląska. Część Śląska znajduje się w Czechach. Bardzo fajna część. Opawa, Ostrawa, Frydek. Jak tam jesteśmy, z Łukaszem lub Markiem, to czujemy, że oddychamy też drugim płucem. Sporo naszej kultury i historii zostało po drugiej stronie granicy. Jeszcze te przedwojenne historie z Grażyńskim i Korfantym, czyli „polonizacja ziem przyłączonych,” po wcześniejszych nie zawsze szczęśliwych kontaktach z Prusami, powoduje, że dla wielu ludzi z moich stron miłość do Polski to uczucie zranione. Ale od razu mówię, że Warszawa zaskakuje mnie ciągle pozytywnie. Ludzie otwarci, nie zaścian, jak sobie kiedyś wyobrażałem, bez noszenia nosa wysoko. Może dobrze trafiam, może chodzi o to, że każdy jest skądś, wielu przyjezdnych tu mieszka. Może rdzenni Warszawiacy tacy są mili? Jeśli chodzi o samo przyjęcie, to byliśmy mocno zaskoczeni. Zregenerowaliśmy się w barze Miami Wars ( piwo bez alkoholu), ale przede wszystkim uwierzyliśmy, że nasz projekt ma sens. Warszawa chce być blisko rzeki, chce dbać o rzekę i dlatego ogłosiła, że ma taką dzielnicę, co się nazywa Wisła. Oczywiście wiem, że przy opadach kanalizacja nie wydala i nieczystości przelewają się do rzeki, wiem, że czasem zrzuty ścieków idą do Wisły Kanałem  Żerańskim. Wiem, ile szklanego tłucznia leży u Mostu Poniatowskiego.  Chodzi mi o ogólnie dobry kierunek zmian. Woda nadaje się do pływania i kąpieli. Samorząd tutaj jest w stanie spojrzeć na te sprawy inaczej niż np. w Krakowie. Wskakujemy do wody i płyniemy przez miasto. Dołącza do nas Tomek Madej, który pierwszy raz przepływa przez miasto, choć kocha wodę i tu mieszka. Łączą nas wodne pasje, ale Tomek pracuje też w Muzeum Azji i Pacyfiku, a realizowane tam projekty, są bliskie memu sercu. Ja po prostu idealizuję mieszkańców wysp na Oceanie Spokojnym. Tomek bierze ciężki aparat fotograficzny i płetwy. Podjął się trudnego zadania: fotografowanie z wody podczas pływania. Po jakimś czasie dopływa do nas kolejny pływak – Janek Piotrowski. Janek koordynował organizacyjnie naszą przeprawę przez miasto, wystartował jeszcze w triatlonie dzisiaj i z mety rzucił się do rzeki, by nas dognać. Kozak. Podpływa do nas policja rzeczna. Pytają się, czy wszystko w porządku. W porządku, dziękujemy. Nareszcie normalna policja! Napawamy się widokiem mostów, Starego Miasta i Stadionu Narodowego. Powolutku, bez pośpiechu. Większość trasy pływamy prawie bez kontaktu z cywilizacją, więc to święto dla nas i jednocześnie zamknięcie ważnego etapu podróży. Po lewej stronie w oddali widzimy przystań. Płyniemy w tym kierunku, a tam już czeka ekipa Polsatu. Skąd wiedzieli, że się tu zatrzymamy? Ano stąd, że to jedyne sensowne miejsce na przerwę – tak mówią. Ruszamy dalej i po lewej stronie wpadamy w bystrze z rafą lub resztkami ostrogi. Trochę nas przemieliło. Najważniejsze, że Tomek z aparatem cały i bez strat. Kończymy za mostem Curie i wychodzimy z wody. Kiedy planowaliśmy odyseję, właśnie odcinek od tego mostu do Modlina był odcinkiem testowym. Miał odpowiedzieć na pytania: czy jest ładnie, w miarę czysto i bezpiecznie. Trzy razy tak. W dalszym odcinku rzeki jest pusto i lesiście. Brzegi tworzą często klify z piaskowca. Pełno tu ptactwa. Rzeka Narew w końcu wpada do Królowej, zasilając ją ciemną, czystą i zimną wodą, o zapachu igliwia. Minął już jakiś czas, a ja noszę w sobie ten zapach Narwi wpadającej do Wisły. I ten smak rzeki.

 

 

Tekst: Leszek Naziemiec

Zdjęcia: Tomasz Madej

 

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o