Płynę z kumplem całą rzekę wpław. Zaczęliśmy w Goczałkowicach koło Bielska – Białej. To już teraz prawie koniec wyprawy. Zebrało się trochę przygód i przemyśleń. Muszę sobie notować, bo zapomnę.

       Zaraz napiszę, jak to było z przedostatnim etapem z Kwidzyna do Kiezmarku, ale przypomniała mi się taka historia.  20 i 21.07. 2018 płynęliśmy etap z miejscowości Górki do Szczucina. Trochę w pierwszy dzień i większą część trasy w drugi. Dołączyła do nas świetna pływaczka i ciepła osoba: Ola Bednarek. W wodzie, oprócz mnie był więc Łukasz Tkacz, Marek Grzywa  i właśnie Ola. Było to jej, z tego co wiem, pierwsze pływanie w Wiśle. My to my, ale Ola była naszym gościem, więc poprosiłem Michała Starosolskiego, ratownika, by asekurował cały czas Olę. Oczywiście nie miała z niczym problemu, tylko ja byłem niespokojny, bo woda była po deszczach wyjątkowo wysoka i szybka.  Tak naprawdę nikt z nas wcześniej nie pływał w rzece, w takich warunkach. Wszystko dobrze się skończyło, ale nigdy nie widziałem jeszcze czegoś tak spektakularnego, jak uchodzenie wzburzonego, szalejącego Dunajca do Wisły. A my w tej Wiśle! Były spore wiry i dużo piany. Czasami, ze względu na to, że rzeka wyszła z koryta, płynęliśmy po jakichś polach, lub slalomem miedzy drzewami. Wtedy trzeba było wracać szybko do koryta rzeki, bo na brzegu mogła stać na przykład jakaś maszyna rolnicza lub inne coś. Relację z tego etapu można przeczytać u Oli Bednarek na stronie: Świat Wpław, ja przytoczę relację Marcina, taty Oli, który nam mocno pomagał na tym i potem na kolejnym etapie. Na kajakach był jeszcze Adam Antonik i Łukasz Kamiński, a Zdzisiek Domirski pomagał także z brzegu. Bardzo Wam dziękuję. Może pływanie w tych warunkach było zbyt ryzykowne, z drugiej strony jednak, było bardzo pięknie.

         Na początek serdecznie dziękuje za wspaniałe dwa dni z niesamowitymi ludźmi realizującymi wspaniały projekt. W razie potrzeby służę pomocą ze strony logistyki naziemnej. Mam nadzieję że ta ostatnia spełniła wasze oczekiwania. Teraz parę słów, jak to wyglądało ze strony lądu, bo to też jest ciekawe przeżycie. Dzień pierwszy: spotkanie, krótka narada ile płyniemy, mapy Google. Jest miejscówka, no to start, pływacy do wody, kajakarze do obstawy, a ja w teren lokalizować nocleg. Udało się, miła polana, przemili ludzie użyczający drzewo na ognisko, ciepła noc, masa biegających królików i zajęcy. Dzień drugi:start 6 rano, pływacy do wody, a kajakarze za nimi, my tym razem w duecie z drugim autem, które prowadził Zdzisław, udajemy się na pierwsze miejsce naszego spotkania. Była to przeprawa promowa w Nowym Korczynie, po stronie wschodniej, gdzie miało pozostać jedno auto, a Zdzisław miał uzupełnić obsadę drugiego kajaka asekuracyjnego. Zastaliśmy tam ‘lokalesa’ siedzącego na krześle, na środku asfaltowej drogi i łapiącego ryby. Stan wody wysoki, spoglądamy na rzekę: w okolicach promu, około 300 m od nas, a tam się gotuje. ‘Lokales’ informuje nas, że to zapora przy promie, tylko niestety pod wodą. Widok mrożący krew w żyłach. Szybka informacja na kajaki. Brak możliwości podpłynięcia, przeszkoda wodna ,odbijcie na drugiej przeprawie do lewego brzegu. Szybka informacja od przemiłego pana łapiącego ryby: spróbujcie na wodowskazie w Karsach, 3 km przed umówionym spotkaniem. Niestety rzeka Wisła po spotkaniu z Dunajcem postanowiła zwiedzić pobliskie łąki i okolice. Nie ma szansy na wsadzenie kajakarza do kajaku i krótką przerwę techniczną. Po konsultacjach z kajakarzami zapada decyzja: płyniemy ciurkiem do mostu w Szczucinie. Wsiadamy w nasze auta i udajemy się do kopalni piasku przy moście. Po przyjeździe widok się powtarza: kopalnia w wodzie, włącznie ze sprzętem ciężkim. Po krótkiej chwili pojawiają się pracownicy kopalni, którzy po wysłuchaniu opowieści o Odysei Wiślanej poinformowali nas, że w razie czego pomogą, ale zaproponowali, abyśmy sprawdzili 200 m dalej stanicę WOPR, jest wyżej i nie powinna być zalana. To był strzał w dziesiątkę. Bezpieczne podejście do brzegu zarówno dla pływaków jak i kajakarzy, możliwość pomocy przy cumowaniu. Informacja do kajakarzy i czekamy, kawa, herbata, posiłek. Cały projekt zakończony sukcesem. Szacunek za pełny profesjonalizm asekuracji kajakarskiej oraz dla pływaków za pokonanie tego wcale nie łatwego 41 km odcinka w wodzie wcale nie przyjaznej i ciepłej. Zdzisław zostawił auto przed linią wody i razem wjechaliśmy moim autem na teren kopalni w celu sprawdzenia możliwości podjęcia kajakarzy i pływaków z wody. Okazało się, że jest to możliwe, ponieważ wyjście z koryta rzeki było bezpieczne, jednak nie będziemy ukrywać, że 1,5 m wody poza korytem trochę nam przeszkadzało. 

        Tak to było, a teraz już hop do etapu przedostatniego. Do Kwidzyna przyjechaliśmy już w piątek, gdzie wyjątkowo nie spaliśmy na brzegu, tylko u przyjaciół: Asi i Pawła Walorów. Oprócz mnie, Łukasza i Marka przyjechała ekipa wspomagająca: Ola Lisek z synem Kacprem, siostrzenica Marka – Gosia i Zdzichu. Pierwsza przygoda wydarzyła się z samego rana. Po prostu cała ekipa zasiedziała się w „gościach” i poszła spać dopiero o czwartej rano. Pobudka była zaplanowana na szóstą rano, bo start miał się odbyć w obecności przedstawicieli władz Kwidzyna, nieco oddalonego od rzeki. To ważna sprawa, bo gdy samorządowcy zobaczą, że można pływać w Wiśle i wszystko jest ok., to dadzą zielone światło na rozwój takich aktywności. Spotkanie z władzami miasta to praca Asi i Pawła. Przygoda polegała na tym, że nie mogłem dobudzić Łukasza. Łukcio, już wcześniej, podczas drogi do Kwidzyna mówił, że ma zarwane noce przez remonty i nadrabianie różnych obowiązków. Teraz szala się przebrała. Kilka osób, kilka razy próbowało go dobudzić, ale nie wyszło. Trudno, jedziemy na start. Oprócz samorządowców ( bardzo miłe spotkanie), przybył pływak Marek Pierepienko, z ekipą wspierającą. Marek ma bardzo zbliżone poglądy na pływanie, zakazy, naukę techniki, więc miło było się spotkać. Powiedział, że jest bardzo podekscytowany i prawie nie mógł przez to spać w nocy. Dotarł jeszcze mój kumpel z treningów: Przemek Łach, który odpoczywał na Warmii. Płyniemy.  Rzeka tutaj zaczyna przybierać inny charakter. Mniej meandruje, mniej jest piaszczystych łach. Taka normalna rzeka się robi. Umocnienia brzegów są porządnie wykonane. Kamienie równo dopasowane, rzece trudno to rozbić, jeśli chce zmieniać koryto. Pierwszy przystanek, na śniadanie robimy po niecałych 10 km, naprzeciwko wspaniałego zamku w Gniewie. Ja już znam to miejsce i wszystkim polecam odwiedziny. Jedna z najlepszych panoram na rzekę. Dowiadujemy się, że Łukasz wstał, dotarł do rzeki i wystartował. Będzie cały dzień płynął samotnie. Taki typ. Żegnamy się z Markiem Pierepienko i lecimy dalej. Chcemy zobaczyć Nogat. Wisła rozgałęzia się, tworzy właściwie dwie rzeki i więcej ujść. Ta druga rzeka to właśnie ten Nogat, szkoda że nie nugat. W miejscu rozgałęzienia zbudowano śluzę, by utrzymać poziom wody, umożliwiający żeglugę. Podpływamy do miejsca rozgałęzienia, a tam wielkie kamienie i bystrza. Sprintem wracamy na środek rzeki. Nici z oglądania nugatu. Zatrzymujemy się na biwak po 33 kilometrach i około 6 godzinach machania w wodzie. Rozbijamy namioty. Komary tną jak szalone, bo przez wiele dni padały deszcze.  Zbieramy drewno, które rzeka przyniosła i robimy ognisko.  Nic nie pomaga . Komary są bezwzględne. Dopływa także Łukasz i mówi, że musi się przespać godzinkę. Śpi do rana. Rano dociera do nas Michał Starosolski, nasza obstawa na niedzielę.  Do wody wchodzi oprócz mnie Łukasz, Marek, który będzie płynął tylko do Tczewa  i pływak  Błażej Dramczyk z Lęborka. Po dwóch kilometrach dołącza Łukasz Suchecki i Karol Tumialis.  Błażej płynie kilka kilometrów do pierwszego mostu. Wszyscy płyniemy tempem spacerowym do Tczewa, które jest oddalone o 10 km. Lewy brzeg rzeki wygląda szczególnie pięknie. Tworzą go zielone zbocza, czasem pozbawione zupełnie drzew. Jak się patrzy z powierzchni wody, to ma się wrażenie, że to gaje oliwne. Sama rzeka przypomina iberyjski Tag. Ucinamy sobie pogawędką z Łukaszem Sucheckim, który jest prawdziwym entuzjastą wody. Wziąłem miotłę i pozamiatałem wyjście przy nabrzeżu w Tczewie, bo dużo tam było potłuczonego szkła – mówi. Ja robię wielkie oczy, bo to już poświęcenie. Tutaj także żywa jest jeszcze tradycja tłuczenia flaszek na szczęście. Łukasz mi wyjaśnił też zagadkę związaną z WOPRem. Wcześniej na trzech etapach, kontaktowali się ze mną ratownicy z tej organizacji i deklarowali, że nas zaasekurują na ustalonych odcinkach.  Trzy razy się zdarzyło, że się wcale nie pojawili. Żebym był sprawiedliwy, to powiem od razu, że znam doskonałych i bardzo pomocnych ratowników. Tacy byli np. w Płocku.  Jeszcze należy się uwaga, że nie ma jakiejś centralnie sterowanej organizacji, lecz różne firmy, które mają różne filozofie działania i także, co oczywiste, różne strategie zarabiania pieniędzy.  Niektóre, w dobrym tego słowa znaczeniu, mają poczucie misji. Ale do rzeczy: Łukasz zwrócił mi uwagę, że niektórzy ratownicy po prostu się boją tej asekuracji. Sami nigdy nie pływają w Wiśle, więc jak mają potem wskoczyć i ratować kogoś? I ja tak teraz myślę.  A jeśli coś się stanie? To mają czarny pijar. Więc po pierwszym entuzjaźmie, cicho wycofują się z akcji. Czytałem rok temu wywiad w Gazecie Wyborczej z człowiekiem, który się przedstawił jako szef pomorskiego WOPRu. To co on mówił o utonięciach, to były same mity. Nie znał statystyk policyjnych i czuć było, że sam nie pływa na wodach otwartych.  Często się powtarza argument: jeśli będzie więcej plaż strzeżonych i więcej ratowników ( lepiej opłacanych), to będzie mniej utonięć. Gówno prawda. Czy da się postawić ratownika co 100 metrów na brzegach rzeki? Czy lepiej rozwijać kulturę pływacką? Pewnie, że lepiej by było, żeby każdy więcej zarabiał. Ostatnio znowu przeczytałem artykuł o „ czarnych punktach wodnych” na Mazowszu. Już się nie będę znęcał nad autorem ( ratownikiem i działaczem).  Otóż, ustawiono sporo nowych tablic tego typu przy różnych akwenach. Co to ma być? Jak to zwiększa bezpieczeństwo? Widzę tablicę i nie ma ona dla mnie żadnej wartości informacyjnej. Ktoś się tam utopił? Dlaczego? Skoczył na płytkie, uderzył się w kamień, jest jakiś prąd? Chłopaki się umówili na sepuku? Nie wiadomo. Jak już to proszę o jakąś informację, lub ostrzeżenie.  Więc prawda jest taka, że są pływający i niepływający ratownicy. Łukasz mówił, że jest u nich piękna rzeka, ale nic, kompletnie nic się, w związku z tym nie dzieje. Wychodzimy na słynne nabrzeże w Tczewie, stolicy Kociewia. Łukasz namówił kawiarnię Mała Czarna, by wsparła nas kawą i posiłkiem. Przerosło wszystko nasze oczekiwania. Oprócz kawy, były dwa przepyszne torty, przygotowane przez Małą Czarną.  Urocza szefowa ponadto sypała z rękawa informacjami historycznymi o Tczewie. To bardzo ciekawy region, bo do drugiej wojny światowej było to pogranicze. Przecież przez wieki kolonizowali Powiśle Niemcy. Jakkolwiek wydaje się to dziwaczne, bo rzeka Wisła to dla nas kwintesencja Polski, dla takich Niemców, mogło to być Niemieckie Powiśle ( albo Pruskie Powiśle). Wyobraźmy sobie nostalgiczne pieśni o rzece w języku niemieckim. Ciężkie nie? Więc rzucam hasło z przymrużeniem oka, że trzeba z powrotem Krzyżaków sprowadzić i patrzę co się będzie działo. Ale widać, że temat jest przepracowany, bo w ryja nie dostaję. Jest z nami też Błażej i jego żona Martyna i jeszcze ich córka ( jeśli dobrze odczytuję więzy rodzinne). Ja dostaję dodatkowo moje ulubione pomidory w oleju od Martyny i częstujemy się także pysznymi naleśnikami od babci naszej nowej znajomej. Dziękuję Łukasz, Karol. Ale było pięknie w Tczewie. Teraz ruszamy już we dwóch: Łukasz i ja. Na kajaku jest Starosol. Plan – kolejne 20 km w sportowym tempie. Dalej rzeka jest mocniej regulowana niż, powiedzmy, 200 km na południe, ale ruchu statków tutaj nie ma. Rzeka zwolniła wyraźnie. Martwimy się trochę o powrót, bo auto mamy przed Tczewem, ale okazuje się, niepotrzebnie. Docieramy do przystani w Leszkowach, gdzie zagaduję pana siedzącego na brzegu. Pan od razu mówi: jedziemy! Zrobiliśmy tego dnia 28km. Do morza zostało 14 i przygotowujemy się powoli do uroczystego zakończenia wyprawy. Ja jadę dosłownie na chwilę do domu. Następnego dnia mamy ruszyć znowu na Wisłę. Zwodować rodzinnie naszą 8,5 metrową łódź „ Jarzębinę” i pływać dwa tygodnie pomiędzy Sandomierzem i Kazimierzem Dolnym, śpiąc na bezludnych, piaszczystych wyspach. Paradoks Odysei Wiślanej polega na tym, że pływamy jednak sportowo, nie mamy więc czasu na dokładne przyglądanie się okolicy, a ja chcę teraz poczuć więcej luzu i właśnie  wszystko oglądać. Oglądać, rozmawiać z ludźmi, lub po prostu siedzieć  na łodzi, czy piasku i gapić się przed siebie.

 

Tekst: Leszek Naziemiec

 

 

 

 

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o