Odyseja Wiślana. Opuszczamy Kraków i zmierzamy na północny wschód.

 

     Razem z Łukaszem Tkaczem przepłynęliśmy całą Wisłę wpław. Była to wielka przygoda. Zrozumieliśmy też jak ważna jest ochrona dzikich rzek i zachęcaliśmy ludzi do pływania w wodach otwartych. Minęło już trochę czasu, staram się więc zapisać, co jeszcze pamiętam. 

     Z Krakowa uciekaliśmy z obstawą Mariusza Lebiody i Zdziśka Domirskiego. Płynęliśmy od przystani jachtowej, właściwie przez zalew, kończący się śluzą „Przewóz”. Na przystani poinformowano nas, że w wodzie mieszkają 3 metrowe sumy. No wiadomo.  Ciężko nam szło, bo wiatr spychał nas z powrotem. Po męczącej walce dotarliśmy do śluzy, którą trzeba było pokonać pieszo. Poniżej progu było mało wody – tak do kolan, za to sporo kamieni. Za stopniem wodnym zwykle następuje erozja – dno rzeki się obniża. Po około 300 metrach dało się już normalnie płynąć. Zaczęła się nieuregulowana rzeka. Niestety zaraz za śluzą, któryś z dopływów był zanieczyszczony ściekami komunalnymi. Woda nie najlepiej pachniała i trzeba było przepłynąć kilka kilometrów, by zrobiło się czysto. Długo czekałem na ten moment, by wypłynąć na dziką rzekę. Kaskada Małej Wisły, kończąca się w Krakowie była ciekawa, także ze względu na kolejne znaki zakazów pływania, które mijaliśmy, ale dzika rzeka to co innego. Nastawiłem się na pustkę i przyrodę, a tu niespodzianka: sporo wędkarzy i ludzi spędzających czas na brzegu. W dalszym biegu, na ukrytej piaskowej łasze, w ocienionym zakolu, spotkaliśmy nawet dwójkę dzieci, które pływały w rzece. Był to pierwszy i ostatni raz, gdy widzieliśmy kogoś spontanicznie pływającego na przestrzeni całej wyprawy. Jak na starym filmie: jest rzeka, to się pływa. Powiedziałbym, że wycieczka zrobiła się jakaś oniryczna. W zadumie płynę, coraz bardziej zamknięty w sobie i po jakimś czasie, biorąc oddech na prawą stronę, widzę w wodzie kobiecą łydkę i kawałek spódnicy. Przez okularki i soczewkę wody, noga i kawałek czerwonego materiału wygląda trochę kubistycznie, grubo. Picasso to chyba malował, albo to takie socrealistyczne podudzie „brodzi w zieloność”. Robię drugi oddech na prawo – nic już nie widać i nic już nie ma. Czyli jednak zaczyna się pusta kraina jak się należy. Depopulacja. Medytacja. Robi się późno, postanawiamy zatrzymać się na biwak na prawym brzegu. Wychodzimy: łąka z bardzo wysoką trawą zasłania wszystko. Mariusz i Zdzisiek rozbijają obóz, a ja z Łukaszem ruszam do wioski.  Może będzie jakiś sklep i dokupimy coś na kolację. Przyszło mi do głowy, że skończyliśmy pewien etap podróży i należy się mały toast. Kupimy sobie w sklepie butelkę wódki lub po piwie. Dochodzimy z Łukaszem do jakiejś wioski i szukamy sklepu. Ale nie ma nic. Myślę sobie: no przecież to polska wieś. Zapukamy do gospodarza i na pewno odleje nam księżycówki albo czegoś. Jest zagroda, gospodarz leży pod traktorem i coś majstruje, drugi stoi za traktorem. Pytam się grzecznie, wyjaśniam sytuację: a pan wyjeżdża spod maszyny i mówi: „Panowie, jak Boga kocham, ani kropli trunku nie mamy. Strasznie mi przykro” Myślę sobie: no nic, jeszcze spróbujemy w drugiej zagrodzie. Pytamy, a tu to samo. Może konfabuluję, ale ludzie jacyś wystraszeni odpowiadają. Wieś chyba umiera. Wracamy nad rzekę, będziemy zdrowsi.  A o świcie do wody! Szkoda dnia. Gdzieś tam, w okolicy Wawrzęcic, koryto jest pogłębione i widzimy, że zbliżamy się do zacumowanych, trochę porzuconych barek. Na jednej z nich wisi piękna kotwica. Dla urozmaicenia postanawiam podpłynąć i chwycić się jej. Będzie dobre zdjęcie. Rzeka płynie leniwie, więc myślę: będzie bezpiecznie. Dokraulowałem, szybko się złapałem kotwicy i podciągnąłem na niej. Patrzę na wodę, a tu niespodzianka: nurt jest wartki i znika pod barką. Jeśli się puszczę, to wpadnę pod kadłub i nie wiadomo co będzie. Postanowiłem się mocno odbić w tył i w bok, by uciec spod barki. Jest trochę adrenaliny. Hop i krauluję z całych sił. Trzeba pokonać tylko 8 metrów, ale bardzo szybko! Udało się, mijam statek z boku. Ale jestem głupi. Człowiek się śmieje, bo co ma powiedzieć? Kolejny etap płynęliśmy już bez Mariusza. Był tylko Zdzisiek na kajaku. Pamiętam, że było sporo płytkiej wody. Często do pasa. Rzeka spokojna. Jeden krytyczny moment nadszedł znienacka. Widzimy w oddali jakby uskok terenu i słyszymy szum wody. Czyli chyba będzie jakieś bystrze. Na samym środku rzeki, która była wg nas naprawdę bez nurtu, widać skalisty ostrówek. Zdziśka już porwała woda i zastanawiamy się tylko co z nim będzie. Jeszcze głupio coś wołamy do niego, a on zamiast patrzeć przed siebie, to przy sporej prędkości patrzy się na nas do tyłu. Jak czterolatek pędzący pierwszy raz na rowerku bez bocznych kółek. No trudno, oby przeżył. My uciekamy sprintem na brzeg. Obejdziemy to niebezpieczne 100 metrów i wejdziemy za bystrzem. O dziwo Zdzisiek się nie zabił. Takie ma przygody chłopak na stare lata. Jeszcze jedno spotkanie mi się przypomniało. Płyniemy dalej, a tu kajakarz. Tylko, że płynie pod prąd. A Ty co? A ja całą rzekę zrobiłem w dół i teraz wracam – mówi. Nie pamiętam już, do którego dopływu skręcał, ale chyba gdzieś płynął na Podkarpacie. W dalszym etapie, do Szczucina, dołączyła do nas pływaczka Ola Bednarek, ale o tym już było w tym dzienniku podróży. W Szczucinie z kolei dołączył do nas Krzysztof Gajewski – pływak długodystansowy, skoncentrowany na najdłuższych możliwych wodnych przeprawach. Przyjechał na rzekę z siostrą, która robiła za obstawę. Był tez z nami Michał Starosolski na kajaku. Trochę pływaliśmy wieczorem w dniu przyjazdu i trochę drugiego dnia.  My przyjechaliśmy na etap starym trabantem, bo moje auto było w naprawie. Krzysiek, gdy zobaczył styl naszej przeprawy i przygotowanie organizacyjne, tylko kręcił głową. „Resztki szacunku dla Ciebie straciłem” – żartował. A wszystko szło bardzo źle. Po prostu cały czas lało. Od czasu do czasu słychać było grzmoty. Do tego, trafiliśmy na duże wypłycenia, takie, że często kolanami i brzuchem ryliśmy drobny żwirek, leżący na dnie. W końcu zaczęło porządnie błyskać i zdecydowaliśmy, że trzeba wychodzić. Udało się przepłynąć tylko 22 km.  Wieczorem, dnia poprzedniego, mieliśmy kłopot z wyjściem z wody, teraz też.  Trzeba było się przedzierać przez duże pokrzywy, pomieszane z jeżynami i barszczem Sosnkowskiego. Komary i inne robactwo cięło w sposób barbarzyński. Całkowicie spuchnięci, w ulewie musieliśmy jeszcze łapać autostopa, by wrócić na miejsce, gdzie zaparkowaliśmy trabanta. Zakończyliśmy blisko elektrowni Połaniec. Nie wiem jak wspomnienia Krzyśka, ja jednak wracam do tego wszystkiego z uśmiechem. Woda była ciepła i czysta, taka kołderka, chroniąca nas przed rozszalałą nawałnicą. Udało nam się zatrzymać też dobre auto. Chyba to było audi, z młodą parą. Dziewczyna całkowicie dopracowana, chłopak reprezentacyjny. My w opłakanym stanie. Musieliśmy jeszcze wytłumaczyć, że przypłynęliśmy rzeką i prosimy o odstawienie nas do naszego trabanta. Ale z silnikiem z volkswagena polo!

     Jakiś czas temu, przyjechała do mnie studentka, która kręciła etiudę ( chyba pracę na koniec studiów filmowych) na temat rzeki. Rozmawiała już z kilkoma ludźmi i chciała także mi zadać parę pytań. Pokazałem jej rzekę Rawę i staw Szlomiok. Najpierw zadała mi pytania na temat pracy naszych zmysłów w środowisku wodnym, z czym sobie chyba jako tako poradziłem. Teraz mi się to przypomniało, bo etap odysei, o którym piszę,  był ciekawym doświadczeniem zmysłowym. Czułem się trochę  przeniesiony do jakiegoś starego, skandynawskiego filmu dla dzieci. Do innego czasu i przestrzeni, której się nie spodziewałem.  Ostatnie pytanie, które odczytała z kartki, dotyczyło związków rzeki i czasu. Czym jest czas? To już niestety było za trudne. Wiemy intuicyjnie, że coś jest na rzeczy, ale co odpowiedzieć? Jakieś mądrości z Prousta albo z Czarodziejskiej Góry zacytować? Czas jest linearny jak rzeka, czy kolisty, czy wcale nie istnieje? Czy jest aspektem czegoś większego i nie da się go tak wyekstrahować?  Nie, no muszę się odwołać, by być wiernym sobie, do swojego doświadczenia.  Ale co jest moim zmysłem czasu? Całe ciało? No to może trzeba żyć i z czasem, na starość, będę mógł więcej powiedzieć? Albo wiedziałem, jak się urodziłem, ale zapomniałem? Albo dopiero w momencie śmierci sprawa stanie się jaśniejsza? Nie wiadomo.

 

Tekst: Leszek Naziemiec

Zdjęcia: Mariusz Lebioda/ Leszek Naziemiec

 

 

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o