admin 22 kwietnia 2018

Dlaczego Tratwa?

     Budowa nie wymaga dużych umiejętności i jest tania, w porównaniu z budową jachtu. Trzeba zdobyć jakieś drewno, najlepiej o małym ciężarze właściwym. Można postawić na balsę, ale są różne inne możliwości. Zależy co jest dostępne. Jeśli się zacznie opowiadać o przepływie tratwą przez ocean, drewno ktoś nam po prostu podaruje. Budowanie tratwy łączy się ze słuszną wiarą, że kiedyś właśnie tak podróżowano. Żeglarz chce zbliżyć się do warunków pierwotnych, więc nie używa przy budowie zwykle gwoździ. Może wiązać poszczególne belki, może też używać drewnianych kołków. Montuje się zwykle jakiś prosty żagiel. Przed przystąpieniem do budowy można postudiować starożytne opisy żeglowania, zobaczyć jak radzili sobie Polinezyjczycy i   Egipcjanie.  Dopuszczalne jest posiadanie dryfkotwy. Jest to starożytny wynalazek, pozwalajacy ustawić tratwę dziobem do fali w trudnych warunkach i zmniejszyć dryf z niesprzyjajacym wiatrem i falą. Składa się z liny i  „wiadra bez dna.” Dryfkotwa może być zaimprowizowana prawie z byle czego, nawet w sytuacji rozbitka.

     Podóżnicy chcą udowodnić, że takie proste pływanie jest możliwe nawet na ogromnych przestrzeniach i że miało wpływ na migrację, zasiedlanie nowych terenów, wymianę genetyczną i kulturalną. Można przyjąć nawet, że cele te zostały już osiągnięte.

Rytm Oceanu 

     Teraz można podróżować po morzach w ten sposób, że jest się idealnie oddzielonym od wody. Można siedzieć na wycieczkowcu, korzystając z kin, basenów i sklepów. Wodę ogląda się jak w kinie. Używa się potężnych silników i spuszcza za burtę tony nieczystości. Podróżnik na tratwie zdany jest na przyrodę i musi z nią współpracować, nie może jej bezkarnie gwałcić. Wbrew pozorom, prosta tratwa jest dzielna. Stabilna na falach, jeśli dobrze skonstruowana, poradzi sobie ze sztormem. Podróżnik musi się poddać pływom i prądom, zaakceptować swoje pozornie beznadziejne położenie. Poszukać jedności z otaczającym światem.

Fascynacja Polinezją 

     Ocean Spokojny zajmuje trzecią część planety. Prawie po całym tym obszarze rozrzucne są spokrewnione ze sobą ludy. Gdzie Nowa Zelandia, Tahiti, Hawaje? Gdzie leży Wyspa Wielkanocna? Po tych błękitnych przestrzeniach  bezspornie  żeglowali kiedyś Polinezyjczycy. Ich kultura zawsze wydawała się nam atrakcyjna, a kobiety z Polinezji piękniejsze i bardzie naturalne od Europejek. Wystarczy poczytać dzienniki żeglarzy, począwszy od wypraw Cooka. Można też pooglądać obrazy Gaugina mieszkającego na wyspach (jego obrazy są zdecydowanie ciekawsze od tych malowanych przez mniej utalentowanego van Gogha). Zresztą  Polinezyjczyk to też  ładniejszy  mężczyzna… Europejscy mężczyźni stworzyli zmaskulinizowaną, pełną przemocy, opresyjną  kulturę. Prawda? Stworzyli więc też kobietę na miarę tej kultury: neurotyczną, zahamowaną, wbitą w  sztywny mieszczański gorset, histeryczną.  Albo jej alter-ego – babochłopa. No to co trzeba zrobić? Czmychnąć na Tahiti, by tam żyć zupełnie inaczej.  Małżeństwo będzie proste, a zwyczaje niezepsute. A kobieta może też po prostu zabrać się i odejść, jak jej nie pasuje, bo jest istotą wolną. Tak? Można będzie się żywić w tym klimacie głównie owocami? Pewnie!

Schemat żeglowania na tratwie. 

     Istnieją typowe fazy marszu przez ocean i typowe problemy.  Problematyczny może być sam start tratwy. Potrzebny jest właściwy prąd oceaniczny, który zabierze nas w wytyczonym kierunku. Zwykle nie ma go w porcie, gdzie budujemy tratwę, więc trzeba ją zaholować na miejsce startu. Wielkim problemem bywa też ostateczne lądowanie u celu podróży. Podczas żeglugi nie wszystko od nas zależy,  możemy więc skończyć tylko mniej więcej tam gdzie chcieliśmy. Zamiast na Tahiti np. na wyspach Cooka. Jeśli lądujemy z dokładnością do około 1000 km, wszystko jest w porządku. Druga sprawa to styl lądowania. Często tratwę rozbija rafa atolu i trzeba się ratować, dopływając ostatni odcinek do wyspy wpław.

     Można trafić na długi okres pomyślnego wiatru i wtedy mamy dużo czasu na czytanie, pisanie, prowadzenie obserwacji naukowych. Trzeba się nastawić też na sztorm. Nasza tratwa nie jest konstrukcją testowaną i poprawianą przez wieki, więc jest to test życia i śmierci.  Tratwa jest mało sterowna i nie może się zatrzymać. Zwykle jakiś członek załogi ma taką fantazję, żeby wyskoczyć i połowić ryby, uważa się też przy okazji za świetnego pływaka. Reszta załogi może mu po prostu niechcący uciec.  Jest jeszcze ważna przewaga tratwy nad statkiem. Nie ma burt, więc ryby i głowonogi często wskakują prosto na pokład. Trzeba je rano pozbierać i ugotować. Jeśli brakuje wody, można sobie poradzić w ten sposób, że pije się rybią krew, lub lepiej, można mieć prostą prasę do wyciskania z ryby wszystkich płynów. To działa. W pewnym stopniu można używać też słonej wody i rosy z żagla.  Picie niedużej ilości słonej wody przez nie dłużej niż 5 dni podobno się sprawdza, nie powodując dysfunkcji nerek. Typowym zmartwieniem żeglarzy są robaki, które powoli, lecz skutecznie jedzą drewno i mogą spowodować rozpad tratwy. Pniaki tratwy także, po prostu, z czasem nasiąkają wodą, więc  sprawdza się czesto ile w danej chwili ma cali zanurzenia. Jest to stały stres. Ostatnia sprawa to łączność radiowa. Trudno czasami wzywać pomocy, gdyż sprzęt nie funkcjonuje tak jak się zakładało.

Thor Heyerdahl. Kon -Tiki. 

     Heyerdahl, jakiego znamy, jest trochę spiżowy. Od najmłodszych lat zainteresowania etnograficzne i antropologiczne. Studia geograficzne. W czasie drugiej wojny światowej w ruchu oporu. Jako Norweg, potomek Wikingów, którzy na prostych łodziach dotarli do Ameryki Północnej, wiedział, że w prosty sposób można dotrzeć bardzo daleko. Miał też możliwość korzystania z biblioteki, która właściwie  obejmowała wszystkie książki dotyczące Polinezji. Thor wymyślił, że Polinezja została zasiedlona przez ludy z Ameryki Południowej i ewentualnie Północnej.

     Doszedł do takiego wniosku, analizując wytwory kultury na wyspach Pacyfiku i na kontynencie amerykańskim.  Krytycy zwracali uwagę, że jest to niemożliwe  fizycznie, bo nie da się na tratwach pokonywać takich odległości. Postanowił zatem zbudować tratwę, nawiązującą budową do konstrukcji inkaskich. Kon-Tiki to nazwa inkaskiego boga. Tratwa została zbudowana z balsy. Kłody były powiązane sznurem konopnym, a prosty szałas na tratwie,  został pokryty liśćmi bananowca. Wyruszył z sześćorgiem ludzi. Pięcioma Norwegami  i Szwedem. Wypłynał z Callao w Peru i po 101 dniach, po przebyciu odcinka ponad 8000 tyś. kilometrów, dotararł do wysp Tuamotu, gdzie tratwa osiadła na rafie atolu Raroia. Ostatni odcinek na wyspę trzeba było pokonać wpław. Będąc jeszcze w Peru, jeden z lokalnych dostojników (morski attache) zoobowiązał się płacić za whisky do końca życia każdego żeglarza, który przeżyje tę podróż.

     Najbardziej z całej wyprawy utkwił mi w pamięci sposób połowu rekinów z tratwy. Rekiny często towarzyszyły żeglarzom wystawiajac łeb i przygladając się ludziom z najmniejszej odległości. Załoganci nawet karmili je rybami. Rekin wyskakiwał trochę do góry, chwytał rybę i odwracał się na moment ogonem w kierunku tratwy. Wtedy chwytało się go za ogon i wciągało szybko na tratwę. Rekin był przez moment oszołomiony, zdezorientowany i nie reagował.  Wtedy należało odskoczyć i poczekać aż przestanie się szamotać i kłapać szczęką.  A potem oczywiście go zjeść. Podobnie zresztą robią orki polujące na rekiny. Jeśli dobrze je potrącą i rekin zmieni pozycję tak, że jego żołądek przez moment naciska na łeb –  drapieżnik na chwilę zamiera.

     Więszość naukowców na podstawie badań genetycznych i lingwistycznych uznaje, że Polinezyjczycy pochodzą od rdzennych (nie od Chińczyków) ludów Tajwanu. Czyli Thor udowodnił, że da się pływac na tratwach, ale mylił by się w kwestii migracji ludzi. Badania się jeszcze jenak nie skończyły. Sprawa jest dość skomplikowana. Mogły następować po sobie różne migracje, po niektórych może nie być śladu genetycznego, a tylko kulturowy i na odwrót. W samej Ameryce Południowej sytuacja też się skomplikowała. Do niedawna uważano, że wszyscy Indianie przybyli z Azji około 13.000 lat temu, przez cieśninę Beringa, którą można było po prostu przejść sucha nogą. Jednak odkrycia malowideł w Brazylii ( Serra da Capivara), które mają około 23.000 lat przeczą tej teorii. Zasługą Heyerdahla, jest to, że rozbudził zainteresowanie szerokiej publiczności tymi tematami, co pociągnęło następnych badaczy i spowodowało rozwój etnografii i antropologii.  Laik zainteresowany wyprawami, zacznynając śledzić  migracje ludów oraz przenikanie się różnych kultur jest zwykle zdumiony różnorodnoscią genetyczną i kulturową narodów,  o których myślał jak o monolitach. Thor Heyerdahl w 1967 roku gościł z żoną w Polsce,  opowiadając na spotkaniach z fanami i w radiu, o przyrodzie i kulturze  Pacyfiku. Podejmował także następne wyprawy na tratwach.

Eric de Bisschop.  Tahiti – Nui. 

     Francuz, De Bisschop to zupełnie inny typ człowieka niż  Heyerdahl.  Gdyby żył wcześniej pewnie byłby piratem. Podczas pierwszej wojny światowej został kapitanem trałowca. Jego okręt został storpedowany przez niemiecką łódź podwodną. Eric nie umiał pływać, zdołał go jednak uratować francuski patrolowiec. Jeszcze w czasie pierwszej wojny zaczął służyć w lotnictwie morskim, na Morzu Śródziemnym. Pewnego razu silnik w samolocie de Bisschopa zepsuł się i maszyna poszybowała w dół z wysokości 2500 stóp. Pilot innej maszyny widząc to, wylądował na morzu, wskoczył do wody i podtrzymywał na powierzchni tak długo rozbitka, aż nadeszła pomoc. Jeszcze co najmniej raz omało nie utonął. Stał się rozbitkiem podczas własnej  podróży poślubnej. Tym razem na powierzchni wody przytrzymywała go żona.

     Aktywność tego człowieka była zdumiewająca. Na różnych niestandardowych jednostkach pływał po oceanach świata, badając prądy morskie i stałe wiatry. Próbował też uprawiać kokosy,  różne warzywa i następnie je sprzedawać, ale bez sukcesu. Zdarzyło mu się współpracować z rządem marszałka Petaina, którego rodzina sąsiadowała we Francji z rodziną de Bisschopa.   Pewnego razu ze wspólnikiem w Honolulu kupił statek i postanowił zająć się  handlem dalekomorskim. Bardziej interesowała go jednak kultura mieszkańców wysp południowych, więc wrócił po długim rejsie bez  żadnego zysku. Aby uniknąć gniewu wspólnika  i żony, a także konsekwencji prawnych, porwał statek i uciekł nim na ocean…

     Po zetknięciu się z Thorem Heyerdahlem postanowił zbudować tratwę i sprawdzić czy da się dopłynąć na niej z Polinezji do Ameryki Południowej. Tratwa, która wystartowała  z Tahiti w 1956 roku zaczęla się rozpadać około 800 mil od brzegów Ameryki Południowej (Najbliższym miastem, w linii prostej było Valparaiso). Załoga płynęła 199 dni. Do lądu zostało jeszcze około 16 dni. Zostali wyratowani przez chilijski statek. Można chyba uznać, że tym rejsem de Bishop udowodnił, że można dopłynać na tratwie do Ameryki Południowej.  Koncepcja de Bishopa była taka: starożytni żeglarze polinezyjscy podróżowali na kontynent amerykański  i z powrotem. Odbywała się normalna wymiana kulturalna pomiedzy ludami Polinezji i Ameryki. Teoria ta może być nadal aktualna.  Będąc już w Chile Eric zjednał sobie wielu ludzi , którzy pomogli mu zbudować kolejna tratwę. Tratwą tą postanowił udać się na Markizy.  Ruszył z Constitucion 13.04.1958 roku do  Callao i potem na wyspy. Ze względu na prądy, tratwa zboczyła z kursu i popłynęła w kierunku wysp Cooka.  30.08.1958 roku lądowała na atolu Rakahanga, rozbijajac się o rafę. De Bishop, jako jedyny nie umiał pływać i był ponadto osłabiony chorobą. Załoga zorientowała się, że unosi się na wodzie, nie wiadomo jednak było, jak długo przebywał pod wodą i czy nie został uderzony jakimś elementem rozpadajacej się tratwy. Podholowano go na brzeg, ale reanimacja nie przyniosła skutku.

     Pochowano go na wyspie.

Eduard Ingris. Kantuta.

     Był Wiking – naukowiec, pirat, teraz kolej na czeskiego artystę. Przed drugą wojną światową Ingris był drygentem praskiej orkiestry symfonicznej, napisał ponad 60 operetek i musicali, był także autorem prostych, popularnych piosenek. Zajmował się fotografią i był operatorem filmowym. Między innymi  udokumentował na filmie egzekucję H. Franka, zbrodniarza  okupowanej Polski. Po drugiej wojnie światowej postanowił wyemigrować do Ameryki Południowej.  W Brazylii odmówiono mu wizy do Argentyny i nie pozwolono osiedlić się w żadnym dużym mieście. Wszystko to ze względu na przewrót komunistyczny w Czechosłowacji. Postanowił więc podróżować w górę Amazonki, przy okazji dokumentować na kliszy otaczający go świat. Po 9 miesiącach dotarł do Peru i tam został już dłużej.  Przedsiębrał wyprawy po kraju i otwarł atelier fotogrficzne w Limie. Został także dyrygentem orkiestry w tym mieście.  W końcu poznał Thora Heyerdahla, postanowił zbudować tratwę i samemu się przekonać, czy żegluga na polinezyjskie wyspy jest możliwa. Pierwsza wyprawa była pechowa. Tratwa Kantuta 1, ze względu na sezonowe zmiany w przebiegu prądu Humbolta, dostała się do wielkiego wiru blisko wysp Galapagos. Cudem udało się nawiązać łączność z amerykańskim statkiem, który podróżników w końcu uratował.  Jakość zdjeć i filmów Ingresa była tak wysoka, że stał się popularny zarówno w Ameryce Południowej jak i Północnej. W 1957 roku Ernest Hemingway poprosił go o pomoc przy produkcji filmu Stary człowiek i morze.

     W 1959 roku postanowił powtórzyć trasę na tratwie. Po 106 dniach udało mu się dopłynąć do wyspy Matahiva w Polinezji Francuskiej. Dopłynął tylko z jednym załogantem, ponieważ dwóch pozostałych zbuntowało się po drodze i uciekło. Ingres przeniosł się do Kaliforni i tam mieszkał, ze swoją młodą żoną, do końca życia. Jego ogromne archiwum na które składają się zdjęcia, filmy i teksty znajduje się obecnie w czeskim Zlinie.

Polskie akcenty 

     Najważniejszym Polakiem na tratwach jest zapewne Andrzej Urbańczyk. W 1957 roku dotarł z załogą do Szwecji, na tratwie zbudowanej z sześciu pni świerkowych. Natomiast w 2003 roku, na tratwie z pni sekwoi odbył najdłuższy rejs non-stop przez północny Pacyfik, z San Francisco do wyspy Guam w archipelagu Wysp Mariańskich. W 136 dni przepłynął 5880 mil morskich.

     W roku 1992 wyruszyła wyprawa upamiętniająca rejs Krzysztofa Kolumba. Oto nota udostepniona przez Tomasza Romanowicza:

Polska wyprawa przez Atlantyk ruszyła 31.05.1992 z okolic Wysp Kanaryjskich i po przebyciu 2400 mil morskich zakończyła się 20.09.1992 (po 81 dniach żeglugi) w porcie San Juan na Portoryko. Udział brało 5 osób z czego najmłodszy miał lat 19 (Tomasz Romanowicz), Marian Łodyga, Krzysztof Opiela, Robert Sójkowski i Roman Chełowski. Nie była to wyprawa pionierska, ani najbardziej odkrywcza. Z pewnością jednak był to pierwszy oceaniczny rejs na tratwie, który zakończył się w zaplanowanym miejscu. 

     Złota era wypraw na tratwach być może już za nami. Pozostało wiele książek Thora Heyerdahla i innych autorów, które można teraz kupić za grosze, ale przygody o których się czyta i wiedza, którą można nabyć, jest bezcenna! 

     Z życiem na tratwie możemy się zapoznać oglądając udostepnione filmy i materiały:

http://www.national-geographic.pl/traveler/wywiady/wywiad-andrzej-urbanczyk

http://tratwanaoceanie.pl/  

https://www.youtube.com/watch?v=zjZKuxgv2c0

kwiecień 2018

Tekst: Leszek Naziemiec

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
wpDiscuz